Wymarzone miejsce do mieszkania? Hastings, Anglia

Jakby ktoś przed wrześniem 2015 r. zapytał by mnie, gdzie bym chciała mieszkać – odpowiedziałabym, że na angielskiej wsi. Wcześniej spędziłam w sumie z 8-9 miesięcy (z czego 6 miesięcy jednym ciągiem) w Anglii, w mieście Coventry. W wolnym czasie (w czasie 6-miesięcznego wyjazdu pracowałam) w miarę możliwości starałam się odwiedzać okolicę: samo miasto wzdłuż i wszerz, Birmingham, Kenilworth z ogromnymi ruinami zamku z czerwonego piaskowca, Warwick z pięknym zamkiem, Oxford, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, ale również mniej znane miasta i miasteczka w okolicy. Jeśli do tego dołożymy program Ucieczka na wieś z BBC Lifestyle, to wybór wydawał się prosty.

Wszystko zmieniło się we wrześniu 2015 r., kiedy poleciałam na kilka dni do mojego brata mieszkającego w Ashford, w hrabstwie Kent. Przed wyjazdem zrobiłam rozeznanie po pobliskich atrakcjach, bo wiedziałam, że chociaż na jeden dzień będę chciała gdzieś wyskoczyć.

Wybór mógłby być oczywisty – Cantenbury ze swoimy trzema obiektami wpisanymi na Liście Światowego Dziedzictwa Unesco: późnogotycka katedra, najstarszy zachowany kościół parafialny w Anglii oraz ruiny wczesnośredniowecznego opactwa. Jednak ciągle mam nadzieję, że kiedyś uda mi się spakować męża (i teraz jeszcze syna), polecieć do mojego brata i razem z nimi zwiedzić to miasto.

Popatrzyłam wtedy na mapie w przeciwnym kierunku i moją uwagę przykuło Hastings nad Kanałem Angielskim (La Manche? ;) ). W którejś z przeczytanych przeze mnie książek (może autorstwa Jane Austin?) bohaterowie pojechali na wybrzeże, do Hastings właśnie. Nazwa utkwiła mi w pamięci. Jeszcze szybki rzut oka na atrakcje: molo (we wrześniu 2015 r. jeszcze w trakcie odbudowy po pożarze, teraz już otwarte), ruiny zamku, piękne klify – postanowione – jadę. Byłam tam raptem kilka godzin – chociaż pewnie mogłabym i spacerować po mieście od 8 rano do 18 – i się zakochałam. Miasteczko, które wręcz schodzi do samej plaży, dużo zielni, te klify, stare miasto, i coś czego mi strasznie w Polsce brakuje – ład przestrzenny.

Molo w Hastings, w trakcie odbudowy po pożarze z 2010 r., obecnie już dostępne


Z jednej strony mamy plażę, z drugiej piękne budynki


W Hastings są dwie kolejki szynowo-linowe, tzw. funikulary (coś jak na naszej rodzimej Gubałówce, czy też w Barcelonie na wzgórzu Tibidabo). Jedna prowadzi na klif, na którym zlokalizowane są runy zamku (West Hill Lift), a druga na klif po drugiej stronie starego miasta (East Hill Lift), na którym rozciąga się rezerwat przyrody (na tyle rozległy, że jest to pomysł na oddzielną wycieczkę)


Z zamku niewiele zostało, kilka potężnych sztormów spowodowało, że po prostu runął on do wody


Widok na stare miasto


Widok na nowszą część Hastings. Gdyby to była polska, to dachy i elewacje mieniły by się wszystkimi kolorami tęczy, i pewnie zabrakło by palców u rąk żeby policzyć reklamy wielkoformatowe…

 
George St – urokliwa uliczka na starym mieście, pełna knajpek, księgarń i małych sklepików


Wspomniany rezerwat przyrody – rozległe trawiaste łąki, poprzeplatane z zalesionymi i zakrzewionymi obszarami, a to wszystko na wysokim klifie


Znowu widok na stare miasto, tym razem z drugiej strony (położone jest ono w dolinie pomiędzy dwoma klifami), na pierwszym planie schodki, którymi wdrapałam się na górę, a w tle na drugim klifie sterczą ruiny zamku 


Zabudowa starego miasta


Zieleń, zieleń i jeszcze więcej zieleni


Oczywiście nie była bym sobą, gdybym nie odwiedziła chociaż jednego cmentarza – tutaj na zdjęciu cmentarz przy kościele pw. Wszystkich Świętych

Muszę tam kiedyś jeszcze wrócić :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *