Dwa
Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Szliśmy niespiesznie ulicą. Poprzewracane latarnie i kosze na śmieci leżały na jezdni, a na poboczach stały porzucone samochody, zieleń oddzielająca jezdnię od chodnika wybujała zieleń. Okna w budynkach przylegających do ulicy zostały już dawno pozbawione oszklenia, teraz albo były pozabijane deskami albo zionęły czarną pustką. Dwa koty przebiegły przez drogę. Nagle z lewej strony urwał się ciąg zabudowań, zastąpił go szpaler drzew, również dziko wyrośniętych. Z trudem dostrzegliśmy większą przerwę pomiędzy drzewami i bramę wjazdową, a raczej to co z niej pozostało. Rozejrzeliśmy się po ulicy, czy aby nikt nas nie obserwuje i pośpiesznie weszliśmy na posesję. Wijąca się aleja, niegdyś szerokości kilku metrów, teraz pozarastała do tego stopnia, że wolnego przejścia na najlepszych odcinkach pozostawało około metra. Dotarliśmy do końca alejki i naszym oczom ukazał się na pierwszy rzut oka niewielki, parterowy dom. Jednak po dłuższym przyjrzeniu się widać było, że od tyłu teren opada na tyle w dół, że to co się wydawało piwnicą od frontu, jest tak na prawdę właściwym parterem, natomiast u góry część została nadbudowana, tak że spokojnie pomieściły by się tam podwójna sypialnia i łazienka. Podeszliśmy do drzwi.
- Aż dziwne, że przez te dwa lata nie zgubiłam tych kluczy. – Stwierdziła W. wyciągając pęk kluczy z torby, którą miała przewieszoną przez ramię. – Ja muszę coś sprawdzić, tu zaraz po prawej macie schemat budynku, moja matka, tak była zachwycona tym projektem, że podebrała architektowi rysunki i oprawiła w ścianę. Czujcie się jak u siebie.
Weszliśmy więc do środka, zamykając za sobą drzwi. Przyjrzałam się rysunkom, o których mówiła W. Piętro, na którym się znajdowaliśmy było „oficjalne”. Pokój gościnny, jadalnia, kuchnia, sypialnie dla gości, łazienka i ubikacja, wszystko utrzymane w chłodnym, lekko sterylnym stylu. Na dachu znajdował się taras i letnia kuchnia. Na dole natomiast sypialnie domowników, mała kuchnia, łazienka i pokój telewizyjny. M. od razu walnął się na kanapę i oznajmił, że musi się chwilę zdrzemnąć. Ja wzięłam S. za rękę i zeszliśmy na dół. Tam już było przytulniej, ciepłe kolory, obłe kształty.
- Choć zobaczymy co jest w kuchni i spiżarce, może mieli coś, co może leżeć, co prawda naszpikowane konserwantami będzie, ale zawsze. – Zaproponował S.
Prawda była taka, że nie jedliśmy od czterech dni, a od wczorajszego ranka nawet wody nie miałam w ustach. Wodociągi nie działały, byliśmy skazani więc na to, co znajdziemy. Otworzyłam drzwi od spiżarki, i nogi się pode mną ugięły.
- Znalazłam wodę – udało mi się wyszeptać.
S. szybko do mnie podszedł i zobaczył zapas 5 litrowych baniaków z wodą mineralną,. Szybko otworzył jeden z nich, nalał trochę wody do kubka i mi podał. Następnie sam się napił. Oprócz wody był też spory zapas k0nserw i innych produktów spożywczych, które po przejrzeniu w połowie były zdatne do spożycia.
Słońce już zachodziło, zalewając pokój telewizyjny ciepłym, pomarańczowym światłem. Siedzieliśmy z S. w dużych fotelach i wpatrywaliśmy się w zieleń za oknem.
- Czym się martwisz? – Zapytał się S. widząc moją smutną minę.
- Jesteśmy już trochę ze sobą, rok, dużo razem przeszliśmy, z jednej strony wydaje mi się, że jestem dla Ciebie ważna, z drugiej jednak strony, boisz się zrobić jakiś krok…
- Mamy przed sobą całe życie, jeszcze wszystko się ułoży, a tych kroków jest przecież niewiele, jakieś 3-4, nie chcę się z tym wszystkim spieszyć.
- No ale, dwa kroki możemy sobie odpuścić, bo małżeństwo i dzieci Cię nie interesują… To już w ogóle… – zamilkłam, wiedząc, że ciągnięcie tematu nie ma sensu.
- Ehhh, kotku… – wzdychnął przysiadł się do mnie i przytulił. – Mam tu coś dla Ciebie, wiesz? – i wyjął z kieszeni złoty łańcuszek z dwoma malutkimi serduszkami.Chwilę mu się przyglądałam, po czym podałam mu go z powrotem, żeby mi go zapiął na szyi. Pocałowałam go i wtulona w niego zasnęłam.
Wszystkie opisane zdarzenia są nieprawdziwe, zbieżność nazwisk, ludzi oraz faktów jest całkowicie niezamierzona, jeśli ktoś się zajmuje psychologią snów jest proszony o kontakt ze mną.
0 comments rogatek | marzenia i koszmary