Prawie jak ślub.
Jechałam przez pola. Droga wysadzana topolami. Mglisty poranek bajecznie rozmywał krajobraz w koło. Mgła powoli siadała, słońce dawało o sobie znać. Wszystko będzie piękne dziś. W końcu to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Zajechałam pod rezydencję. Na planie kwadratu, z wielkim dziedzińcem po środku (a na dziedzińcu taras pełniący formę letniej jadalini, sadzawka). Cały parter zajmowały: hall, jadalnia i pokoje reprezentacyjne – zespół czterech pokoi. Jak w starych zamkach – biblioteka, pokój muzyczny, pokój gier z stołem bilardowym i stołami do brydża oraz mała sala balowa – ta połączona bezpośrednio z jadalnią. Na piętrze, pod spadzitymi dachami sypialnie, łazienki, garderoby. Budynek nowoczesny, z dużymi przeszkleniami na dole, jednak konstrukcja z kamienia, góra wykończona w drewnie. Meble historyzujące, ale utrzymane w jednym stylu, nie gryzące się ze sobą.
Weszłam do środka. Część gości już się zjechała. Niektórzy przyjechali nawet wczoraj wieczorem. Przywitałam się szybko z moimi rodzicami i rodzicami S. Jego mama mnie pogoniła na górę, żebym zaczęła się szykować. W sypialni czekała na mnie moja suknia. Mimo iż jestem przeciwniczką złota, to biel w połączeniu z wykończeniami dołu sukni oraz szalem w kolorze starego złota komponowała się bajecznie. Do pomocy miałam moje kochane dwie przyjaciółki: Lilkę i Ewe. Pomogły mi się uczesać, pomalować, przebrać. Gdy gotowa spojrzałam w lustro, pierwszy raz się sobie spodobałam.
Byłam wyszykowana, ale pana młodego nie było. Goście się niecierpliwili, nie mówiąc juz o naszych rodzicach, a ja to już w ogóle. zaczynałam wręcz popadać w histerię. Żadnego kontaktu, żadnych wieści. Mineło kilka godzin. Decyzja została podjęta – gościom podano obiad. A ja dalej jak w transie siedziałam w sukni wpatrując się przez okno na drogę prowadzącą do rezydencji.
Ślubu się nie odbył.
- Dalej chcesz się ze mną ożenić?
- Uhm.
- To może weźmiemy w końcu ślub. Taki skromy, tylko my i nasi rodzice, i Mariusz z Wiolą i mój brat. I świadkowie. W jakimś małym kościółku.
- Dobrze Skarbie.
Stary kościółek, drewniany, z zabytkową polichromią. Pomieścił by maksymalnie 50 osób, nas i tak było mniej. Tym razem, biała, prosta suknia, ale elegancja, włosy rozpuszczone, a we włosach białe kwiaty.
Sylwester. Godzina 23. Rozmowa telefoniczna.
- Cześ Misiu. Właśnie wróciłam z Katowic, trochę się przeciągnęło niestety. Możesz już po mnie przyjechać.
- No właśnie nie mogę. Bo już piłem.
- Ale przecież umawialiśmy się, że przyjedziesz po mnie.
- No tak, ale tyle czasu już minęło, miałaś być przed 20.
- Aha. To co robimy?
- No chyba możesz przenocować u rodziców. Jutro się zobaczymy.
A tak poza tym na wakacje wyjeżdżaliśmy do domku w górach. Położony w lesie, parterowy, rozległy. Dookoła skałki wapienne i takie tam. Przyjemnie i zielono.
1 comments rogatek | marzenia i koszmary
ale to bardziej bylo marzenie senne niz koszmar co? :P