Prawda jest taka, że zawsze wstaje S. zrobić śniadanie, kawę i kanapki do pracy. Potem najczęściej idę się jeszcze zdrzemnąć, a przynajmniej poleżeć, szczególnie, kiedy to jest sobota, i S. idzie na 6 do pracy.

Rzadko zasypiam głębokim snem… w sumie sama się od tego powstrzymuję, bo wiem, że jak zasnę na dobre, to przed 12 nie wstanę. A podobno szkoda życia na spanie ;) Czasem mi się coś śni bardziej miłego, lub mniej.

O na przykład że dostałam Peugeot 407 elixir

Nu ale dziś było mniej przyjemnie i bardziej realistycznie.

Leżę sobie w łóżku, za oknem powoli jaśnieje, ale ja zapadam z powrotem w sen. Oczy mam lekko otwarte, ale rzęsy i tak zasłaniają większość widoku. W pokoju panuje półmrok. Słyszę kroki. Jakby ktoś przechadzał się po pokoju, tam i z powrotem, od drzwi do okna, od okna do drzwi. Otwieram oczy. Nie umiem podnieść głowy, jakby ważyła tonę. Odwracam więc tylko na bok, ale nikogo nie ma w pokoju. Uspokajam się. Powoli znowu odpływam w krainę snu. 
Nagle znowu czuję jakiś ruch w pokoju, skrzypienie łóżka, przez półotwarte oczy widzę jakiś cień. Jakby ręka, ubrana w czarny polar (taki jaki ma S.) zbliżająca się do mojej twarzy. Otwieram gwałtownie oczy. W pokoju pusto. Uspokajam walące serce. To nic. Tylko mi się coś przyśniło.
Odpływam ponownie. Słyszę głos mojego brata (!). „A teraz Ci coś pokażę!”. Znów półotwarte oczy. Widzę klocek drewna, trzymany przez kogoś, stojącego za wezgłowiem łóżka. Klocek gwałtownie przybliża się i oddala od mojej twarzy. Zawsze zawracając jakieś 5cm od moich oczu.”A teraz się przyjrzyj uważnie”. Klocek pędzi w moją stronę nie mając zamiaru się zatrzymać wcześniej niż na mojej twarzy.W ostatniej chwili otworzyłam szeroko oczy. Nikogo nie było w pokoju.

Usiadłam na łóżku i doszłam do wniosku, że koniec spania na dziś…