Siedzę sobie spokojnie, piję poranną kawę, i nagle „łup”, coś na prawdę ciężkiego walnęło o ziemię.

Idę na balkon, a przed domem dwa wozy strażackie, jeden taki z wysięgnikiem, na końcu dwóch strażaków z piłą łańcuchową rżną dęba, w sensie suche konary obcinają. Strażacy mnie zauważyli i jeden z nich pomachał i krzyknął „Heloł!” :D odmachałam i uciekłam speszona (bo nieuczesana i w ogóle, z gołymi opalonymi nogami :D)

Później podglądałam zza firanki jak kaski pościągali, i całkiem przystojni chłopaki.

Na pikniku trzeba będzie coś podpalić :D