W piątek popołudniu zaczęła się pogoda psuć, na przemian duszno, zimno, wietrznie i pochmurno. W sobotę dnia odwiedziliśmy dwa miasta. Pierwsze z nich, stolica fajansu – Faenza. Oczywiście pod muzeum ceramiki trafiliśmy w godzinach sjesty, a czekać nam się nie bardzo chciało. Niewiele do zwiedzania, więc pojechaliśmy jeszcze dalej do Imoli, które to jest jeszcze mniejszym miastem. Dodatkowo informacja turystyczna była czynna tylko do 13, więc ani planu miasta ani nic. Spacer po starym mieście i powrót do hotelu. [trasa_1] [trasa_2]

W niedzielę miałam powtórkę z historii architektury. Mauzolea Galii Placidi, Teodoryka, Baptysterium Ariańskie i inne zabytki Rawenny, wszystko to miałam na zajęciach i mogłam to wszystko zobaczyć na własne oczy. Te mozaiki. Jakbym bazylikę San Vitale miała pod nosem, to bym zaczęła chyba chodzić do kościoła ;) Pogoda jednak popsuła się zupełnie, więc biegaliśmy od jednego kościoła do drugiego, żeby trochę obeschnąć w środku. [trasa]

Poniedziałek początkowo chcieliśmy gdzieś lajtowo spędzić, ale pogoda na plażę ciągle nie bardzo, więc w końcu ruszyliśmy się do stolicy prowincji – Bolonii. Mimo, iż miasto jest duże (370tys. mieszkańców + masa studentów i turystów ;) ), sprawiało na mnie wrażenie przytulnego – co prawda wąskie uliczki i wysokie pałace wzdłuż nich raczej są „klaustrofobiczne”, ale miło się spacerowało po mieście. Myślałam, że my mamy zabytkowe toalety miejskie. Myliłam się. Ale nie myliłam się, że uwielbiam tortellini ;) [trasa]

Wtorek, jak i czwartek spędziliśmy w Rimini, na plażowaniu. Na szczęście meduz nie było (albo po prostu nie widziałam ich w mętnej wodzie (i strasznie słonej), za to po wyjściu z wody miałam wszędzie pełno wodorostów. W czwartek było najlepiej – wysokie fale – skakanie przez nie, jeśli już się załamywały, lub po prostu wpływanie na ich szczyt. Uwielbiam pływanie w morzu, w basenie czy jeziorze nie ma takiej zabawy.

Środa została poświęcona na targ w Cesenie – kupiłam co prawda dwie bransoletki z masy perłowej, i kolczyki, wycinane laserowo z metalu ;) nic szczególnego, u nas też to można dostać, ale na prawdę nie było co kupić :( Chciałam mamie kupić magnes na lodówkę, to same typu „wieś wesoła” z brokatami. Tandeta po prostu. Znaleźliśmy też sklep, z używanym sprzętem foto. Te stare obiektywy do canona… Siesta była, a w czwartek jak wracaliśmy, wieczorem to też było zamknięte, pewnie z powodu meczu Włochy – Słowacja. Więc skończyło się na ślinieniu szyby. Śmiałam się potem, że dobrze, że nie jesteśmy ze Słowacji, bo by nas przetrzepali na lotnisku z góry na dół ;P

Piątek wylot – więc tylko krótki spacer po Forli i na lotnisko. I powrót do zimnej ojczyzny ;)

W pracy robiłam dziś za atrakcję turystyczną, szef nazwał mnie spieczonym dziewczęciem.

Od jutra się ogarniam z życiem codziennym, kilka spraw do załatwienia mam, mniej lub bardziej przyjemnych, nie mniej zrobić trzeba.

A i jedno foto dam. Przedstawiam Wam Jeżyka antystresowego. Jarek kupił sobie, ale cała trójka miała zabawę ;)

Na koniec wpisu piosenka, jedna z kliku będących piosenkami wyjazdu. Zwróćcie uwagę na wizję bardziej niż na fonię ;)