Ostatnio się zastanawiałam nad tym czy mam jakiś nałóg. I nie mogłam nic dopasować. Przedwczoraj M. nawet się spierał, żebym się jeszcze zastanowiła, bo na pewno coś jest. No i wczoraj samo wyszło. Normalnie bym się upierała, że nie chcę nic „wzamian” za posłane ciacha, ale zaoferował się, że dostanę „Niewidocznych Akademików” Pratchetta, to chciałam, ale nie potrafiłam się sprzeciwić. A na twarzy mam banan na samą myśl o tym, jak po wyjściu z rajdówki. Tak, książki są zdecydowanie moim nałogiem. Jeśli wejdę do księgarni z minimalną ilością gotówki, zawsze wyjdę z nowym nabytkiem.

A i znalazłam sposób żeby nie potrafić wstać 5.50-6.00. W dodatku pożyteczna jestem. I sama rano zdążę się dobudzić, kawę wypić i wiadomości poczytać. Miło się tak wstaje ;)