Luty 2011

[802]

Wszystko byłoby ok, gdybym mogła się w końcu wyspać. To chyba nie tak wiele, co nie?
W czwartek z pracy wracałam z M., bo miał mi pomóc wymienić żarówkę z kierunkowskazu, Ciciek się chyba wystraszył, bo zaczął z powrotem migać (po małym poszarpaniu klosza –  w sobotę podobna opercja przyniosła skutek) Coś po prostu nie styka. Tak czy siak pojechaliśmy na małe zakupy. Kupiłam sobie t-shirt z pingwinem z taaakimi oczami w odpowiednim miejscu ;) Potem dopompować opony na stację, a skoro już byliśmy u M. na osiedlu, to podjechaliśmy do niego, żeby sobie zabrał rzeczy na zmianę. Wróciliśmy do mnie, zrobiłam curry z warzywami, i w sumie na tym się dzień skończył. Nawet filmu się nie chciało oglądać ze zmęczenia.
No niby tylko piątek i weekend. Ale w sobotę rano wcześnie wstałam, bo jechaliśmy na ślub kolegi M. Wiadomo, włosy, makijaż, paznokcie, kiecka itp ;) Tak czy siak ledwo się wyrobiliśmy do Malborka, gdzie zostawiliśmy Cićka i pojechaliśmy już z Piotrkiem i Sylwią na ślub do małego kościółka w wiosce, co ma 1000 mieszkańców. Jeśli chodzi o liczbę gości, a miejsc siedzących… to tak z połowa, może z 3/5 siedziało. Zimno było, z ceremoni niewiele wiem, bo nic nie widziałam, stojąc w przedsionku ;) bardziej do przodu już się nie dało.
Nu ale już potem na wesele. Najpierw toast, pierwszy taniec młodej pary, wszyscy w kółeczku. Potem panie do wewnętrznego kółeczka, panowie na zewnątrz. Każde kółko w inną stronę się kręciło. Po czym wodzirej zarządza, ze stajemy, i panie się odwracają i tańczą z panem jakiego miały za plecami. Ja trafiłam na M., a Sylwia na swojego Piotrka :D
Ogólnie było wesoło. Za dużo jedzenia, za szybko zmieniali talerze ;) Ale pobawiliśmy się, potańczyliśmy. Szkoda tylko, że M. miał dziś zajęcia , więc po północy się zwinęliśmy. Do tego robiłam za kierowcę, więc tylko toast na początku wypiłam. Co nie zmienia faktu, że się bardzo dobrze bawiłam :)

W sierpniu idziemy na następne, tym razem w  Gdańsku, więc nie będzie problemu z kierowcą :) no i ciepło będzie, a na pewno dużo cieplej niż w lutym.

[801]

Do końca tygodnia muszę podjąć męską decyzję, czy od połowy kwietnia do końca maja mieć zajęty każdy weekend, czy pół soboty i 4 razy w tygodniu wracać po 21.30 do domu. Bardziej się chyba jednak skłaniam ku pierwszej opcji, tym bardziej, że M. i tak w większość weekendów ma zajęcia, a ja spokojnie kurs zrobię. Przynajmniej drogi do Górek Zachodnich się nauczę na pamięć, nu i samochód będzie jeździł ;)
Weekend standardowo minął zbyt szybko. W piątek zakupy i jakiś film. W sobotę wylegiwanie się do 11, potem M. na angielski, a ja do kuchni nadziewać cannelloni wołowiną i szpinakiem. Gdy wrócił, zjedliśmy obiad a następnie poszliśmy do Romków. Przy okazji poznałam kolejnych znajomych M., którzy potem stwierdzili, że jestem „spoko” i „fajna” :p
Niedziela miała być ambitna, ale zabrakło spodni narciarskich dla rogasia. Żeby gdzieś jechać się szlajać (Krynicy Morskiej mi się zachciało), to za zimno. Gdy już się nastawiłam na obijanie się, M. stwierdził, że jedziemy na Wyspę Sobieszewską. A że było już po 12-tej, to skończyło się na Westerplatte. Zimno, śnieżnie, ale dotlenić się trzeba. Potem najeść, i pospać. I można stawić czoła kolejnemu tygodniowi.

Co do samego Westerplatte. Muszę się tam wybrać jak śniegi spłyną do zatoki. Zainteresowało mnie opracowanie ścieżki edukacyjnej (choćby sama koncepcja tablic – szkło z ponaklejanymi rysunkami, tekstem mapami – tylko że jasnoszare literki na tle białego śniegu są kiepsko widoczne) Zabezpieczone i „zakonserwowane” koszary, wieża obserwacyjna, pozostałości po magazynach, stanowiskach. No i po drodze obadać twierdzę Wisłoujście, bo w niedzielę była zamknięta, tylko dwa wilczury stały na murach i się gapiły.


Nowe koszary


Zmarznięte pyski

[800]

Zdecydowanie chcę wiosny. I żeby mnie na kurs do „Kotwicy” przyjęli. To tak dodatkowo do wishlisty, którą N. mi dziś poradziła zaktualizować. Na razie wywaliłam niedziałające linki. W sumie to sama nie wiem, co bym tam mogła wrzucić. Cierpię na brak czasu, nie mam czasu zastanawiać się nad tym, co bym chciała. Chwytam co mam pod ręką i czasem nie ogarniam.

W pracy natłok spraw. Tak że po powrocie do domu, skupianie się nad czymś konkretnym mi średnio wychodzi. Wczoraj leniwie na łóżku (z truskawkami i lodami), dziś na łóżku u N. przy kawie i cieście z chrzcin od małej Gabrysi.

Poznałam w końcu mamę M. No i trochę bardziej tatę. Oboje wyglądają na sympatycznych ;) A mama nawet powiedziała do M., że fajna jestem (na co M. stwierdził że wie :D). Ogólnie ja jestem średnio fanką imprez rodzinnych, tym bardziej jak nie należę do rodziny, ani jej za bardzo nie znam. Ale było sympatycznie.

Next »