Marzec 2011

[805]

Opuściłam się trochę. Niekoniecznie z lenistwa. Raczej z powodu ogólnego braku czasu, zmęczenia i niedoboru słońca (nawet jak jest ładnie, to zazwyczaj siedzę wtedy w robocie). Do tego ciśnienie ostatnio wariuje, i gdy dochodzi do 1030hPa moja głowa ma tylko jedno marzenie – walnąć z całe siły o ścianę… Ostatni weekend taki był, gdyby nie to, że byłam wcześniej z N. umówiona, to nietylko pół niedzieli bym przespała.

A z N. byłam umówiona do Muzeum Inkluzji Bursztynu w gdańskiej Katowni, przy okazji wystawy biżuteri. Niestety ta czasowa wystawa była tak na prawdę wycinkiem całej ekspozycji, i mimo iż ciekawa, to pozostawiła duży niedosty.
Ale za to upatrzyłam sobie pierścionek z bursztynem, za jedyne… 300zł. Ehhh… znacie jakiś niestrzeżony bank z pełnym sejfem?

W międzyczasie byłam z M. u jego siostry. Kostek, jak to ładnie określił, „padał z nóg”, gdy się zbieraliśmy koło 19, za co siostra M. była nam wdzięczna, bo poprzedniego dnia broił conajmniej do 21 ;).

Za dwa tygodnie zaczynam kurs na żeglarza jachtowego, zobaczymy czy coś ze mnie będzie.

Czekam aż wiosna się rozchula, będzie ciepło, i na zmianę czasu, rano może być dla mnie ciemno, ale niech popołudniu, po powrocie do Gdańska, niech bedzie jasno dłużej niż 30min.

 

[804]

Dziś się nie przyznaję, które urodziny skończyłam. Liczenie zatrzymałam na 25 ;) Co nie zmienia faktu, że usłyszałam dziś „babciu” :P Ale to tylko dla drażnienia. Cały tydzień, jak i weekend zleciały szybko. A z drugiej strony mam wrażenie, że poprzedni weekend był wieki temu.

Poniedziałek – kręgle z Piotrasami, we wtorek – odsypianie kręgli ;) Raz wygrałam – poczekałam, aż reszta się zmęczyła :D

W środę zakupy, wróciłam po 19, zjadłam i poszłam spać.

W czwartek najpierw bieganie po Wielkim Kacku (wieś tańczy i śpiewa w 250 tysięcznym mieście). A po pracy do kina. Na „Czarny czwartek”. Nie będę się rozpisywać nad sztuką filmowania. Bo się na tym nie znam. Co do akcji, to większości i tak wie jak to się kończy. Ale nie mniej – warto obejrzeć. Choćby, żeby się przekonać, że Polacy potrafią dobry film nakręcić. Przed kinem zdążyliśmy wejść do empiku. Przy wejściu była reklama książki „Triumf owiec” Leonnie Swann – ciąg dalszy uwielbianej przeze mnie „Sprawiedliwości owiec”, pokazałam tylko M. palcem i „znajdź mi to”. Więc znów, zamiast czytać o historii Europy, a tym bardziej o budowie jachtu mieczowego, czytam kryminał z punktu widzenia stada owiec.

W piątek szkolenie w pracy – z Kpa. Fascynujące normalnie… Ale jakoś przebrnęłam, tym bardziej, że wieczorem znowu kręgle, tym razem z N. i  Mazzem. Po kręglach wyżerka w Sphinxie. I zniesmaczona mina kelnera, jak się domagaliśmy naszych sosów. I to w sumie była moja impreza urodzinowa, reszta weekendu raczej na spokojnie, ale nie obyło się bez niespodzianek.

Sobota zdecydowanie leniwa. No prawie. Za wyjątkiem wysprzątania mieszkania, zrobienia 3 porcji prania, upieczenia ciasta, zrobienia cheesecake’a…

W niedzielę o 8.15 jedliśmy już śniadanie. Nie było jakiś wielkich planów, ale jakoś tak spać już nie mogliśmy ;) Wybraliśmy się do kina 5d. Oprócz oglądania animacji 3d doszło trzepanie fotelami, woda, dym, bańki mydlane, wiatr z różnych stron.  Niekoniecznie coś na co można chodzić regularnie, ale chociaż zobaczyć co i jak, śmiechu dużo :) Potem mieliśmy wrócić do mnie, ale M. dostał esa od Balesia, czy jedziemy z nimi gdzieś na wycieczkę. Esa przeczytał po 30-40min od momentu, kiedy został wysłany, nu ale przedzwonił, i okazało się, że jeszcze z Gdańska nie wyjechali „a Wy gdzie jesteście?” „No u Was pod domem” :D (bo przystanek jest po drugiej stronie ulicy). W ten oto sposób, w ten zimny, wietrzny dzień, wylądowaliśmy w Gniewie. Dawno w takiej zapadłej dziurze nie byłam… Nu i zamek nieczynny, bo sezon od 1 maja… W poszukiwaniu kawy wylądowaliśmy w Pelplinie. Się znalazła, ale jakaś cudna nie była, dużego wyboru zresztą nie mieliśmy. Przed następną wycieczką trzeba zrobić rozeznanie. Gdzie dają kawę, ew. gdzie jest jakiś lokalny browar ;) A i sprawdzić co i kiedy pootwierane, i kiedy są msze w katedrach, żeby znowu nie czekać w aucie pod kościołem, jedząc czipsy, aż się msza skończy, żeby zwiedzać można było.

[803]

ona: nie pij już więcej, co? jeśli już masz iść na te zajęcia…
on: dobrze, tylko ten kieliszek jeszcze, na drugą nogę
ona: taaa, tylko żeby zaraz się nie okazało żeś stonoga…

Żeby nie było, pozostał stworzeniem dwunożnym.