Marzec 2011
Monthly Archive
Monthly Archive
Opuściłam się trochę. Niekoniecznie z lenistwa. Raczej z powodu ogólnego braku czasu, zmęczenia i niedoboru słońca (nawet jak jest ładnie, to zazwyczaj siedzę wtedy w robocie). Do tego ciśnienie ostatnio wariuje, i gdy dochodzi do 1030hPa moja głowa ma tylko jedno marzenie – walnąć z całe siły o ścianę… Ostatni weekend taki był, gdyby nie to, że byłam wcześniej z N. umówiona, to nietylko pół niedzieli bym przespała.
A z N. byłam umówiona do Muzeum Inkluzji Bursztynu w gdańskiej Katowni, przy okazji wystawy biżuteri. Niestety ta czasowa wystawa była tak na prawdę wycinkiem całej ekspozycji, i mimo iż ciekawa, to pozostawiła duży niedosty.
Ale za to upatrzyłam sobie pierścionek z bursztynem, za jedyne… 300zł. Ehhh… znacie jakiś niestrzeżony bank z pełnym sejfem?
W międzyczasie byłam z M. u jego siostry. Kostek, jak to ładnie określił, „padał z nóg”, gdy się zbieraliśmy koło 19, za co siostra M. była nam wdzięczna, bo poprzedniego dnia broił conajmniej do 21 ;).
Za dwa tygodnie zaczynam kurs na żeglarza jachtowego, zobaczymy czy coś ze mnie będzie.
Czekam aż wiosna się rozchula, będzie ciepło, i na zmianę czasu, rano może być dla mnie ciemno, ale niech popołudniu, po powrocie do Gdańska, niech bedzie jasno dłużej niż 30min.
Dziś się nie przyznaję, które urodziny skończyłam. Liczenie zatrzymałam na 25 ;) Co nie zmienia faktu, że usłyszałam dziś „babciu” :P Ale to tylko dla drażnienia. Cały tydzień, jak i weekend zleciały szybko. A z drugiej strony mam wrażenie, że poprzedni weekend był wieki temu.
Poniedziałek – kręgle z Piotrasami, we wtorek – odsypianie kręgli ;) Raz wygrałam – poczekałam, aż reszta się zmęczyła :D
W środę zakupy, wróciłam po 19, zjadłam i poszłam spać.
W czwartek najpierw bieganie po Wielkim Kacku (wieś tańczy i śpiewa w 250 tysięcznym mieście). A po pracy do kina. Na „Czarny czwartek”. Nie będę się rozpisywać nad sztuką filmowania. Bo się na tym nie znam. Co do akcji, to większości i tak wie jak to się kończy. Ale nie mniej – warto obejrzeć. Choćby, żeby się przekonać, że Polacy potrafią dobry film nakręcić. Przed kinem zdążyliśmy wejść do empiku. Przy wejściu była reklama książki „Triumf owiec” Leonnie Swann – ciąg dalszy uwielbianej przeze mnie „Sprawiedliwości owiec”, pokazałam tylko M. palcem i „znajdź mi to”. Więc znów, zamiast czytać o historii Europy, a tym bardziej o budowie jachtu mieczowego, czytam kryminał z punktu widzenia stada owiec.
W piątek szkolenie w pracy – z Kpa. Fascynujące normalnie… Ale jakoś przebrnęłam, tym bardziej, że wieczorem znowu kręgle, tym razem z N. i Mazzem. Po kręglach wyżerka w Sphinxie. I zniesmaczona mina kelnera, jak się domagaliśmy naszych sosów. I to w sumie była moja impreza urodzinowa, reszta weekendu raczej na spokojnie, ale nie obyło się bez niespodzianek.
Sobota zdecydowanie leniwa. No prawie. Za wyjątkiem wysprzątania mieszkania, zrobienia 3 porcji prania, upieczenia ciasta, zrobienia cheesecake’a…
W niedzielę o 8.15 jedliśmy już śniadanie. Nie było jakiś wielkich planów, ale jakoś tak spać już nie mogliśmy ;) Wybraliśmy się do kina 5d. Oprócz oglądania animacji 3d doszło trzepanie fotelami, woda, dym, bańki mydlane, wiatr z różnych stron. Niekoniecznie coś na co można chodzić regularnie, ale chociaż zobaczyć co i jak, śmiechu dużo :) Potem mieliśmy wrócić do mnie, ale M. dostał esa od Balesia, czy jedziemy z nimi gdzieś na wycieczkę. Esa przeczytał po 30-40min od momentu, kiedy został wysłany, nu ale przedzwonił, i okazało się, że jeszcze z Gdańska nie wyjechali „a Wy gdzie jesteście?” „No u Was pod domem” :D (bo przystanek jest po drugiej stronie ulicy). W ten oto sposób, w ten zimny, wietrzny dzień, wylądowaliśmy w Gniewie. Dawno w takiej zapadłej dziurze nie byłam… Nu i zamek nieczynny, bo sezon od 1 maja… W poszukiwaniu kawy wylądowaliśmy w Pelplinie. Się znalazła, ale jakaś cudna nie była, dużego wyboru zresztą nie mieliśmy. Przed następną wycieczką trzeba zrobić rozeznanie. Gdzie dają kawę, ew. gdzie jest jakiś lokalny browar ;) A i sprawdzić co i kiedy pootwierane, i kiedy są msze w katedrach, żeby znowu nie czekać w aucie pod kościołem, jedząc czipsy, aż się msza skończy, żeby zwiedzać można było.
ona: nie pij już więcej, co? jeśli już masz iść na te zajęcia…
on: dobrze, tylko ten kieliszek jeszcze, na drugą nogę
ona: taaa, tylko żeby zaraz się nie okazało żeś stonoga…
Żeby nie było, pozostał stworzeniem dwunożnym.