Kwiecień 2011
Monthly Archive
Monthly Archive
Zawsze sobie przypominam, ze miałam w końcu coś napisać, jak już leżę pod kołdrą przytulona do dupy Kleofasa. Zawsze jak go zgarniam do spania, to się tyłkiem do mnie wystawia ;)
To może zacznę od końca, śniło mi się dziś, że była zima, że dalej jeździłam malinowym, i że miałam taką małą, słodziutką córeczkę. Na wpół śpiąc jeszcze, podczas budzenia M. napomknęłam, że niech się moimi odruchami macierzyńskimi nie przejmuje, bo to wiek rozrodczy, hormony i w ogóle, ale zdrowego rozsądku mi jeszcze trochę zostało, więc macierzyństwo musi poczekać.
W pracy czekam na telefon z kadr, że umowa do podpisania czeka. Żebym mogła do szefa wystartować z wnioskiem o urlop na 2 maja, bo mi kurs tak ustawili, że calusieńką majówkę na łódce spędzam.
Święta za to wolne, i święta spędzam na Suchaninie. Bez mojego udziału ustalono, że na noc zostaje, mama M. stwierdziła, że nie ma problemu, że jest wolny pokój, a M. na to „ale to i tak bez znaczenia, przecież będzie spać u mnie”. „A to wy tak blisko ślubu już jesteście?” Hmmm… No w każdym bądź razie ze mną nikt o ślubie jeszcze nie rozmawiał.
Wracając do pływania to podoba mi się, dopóki nie muszę być sternikiem, niby patent się nazywa „żeglarz jachtowy”, ale trzeba umieć dowodzić małą jednostką śródlądową. Pewnie wszyscy się będą śmiać, że rogaś się rządzić nie chce, a mi tam dobrze przy szotach foka, na dziobie walcząc z cumą, nawet bycie desantem nie jest złe.
Ale pewnie jak w końcu załapię inerrcję, wszystkie opory wody i skrętność jachtu to się to zmieni :p
;)
i pomyśleć że sceny przy ORP Błyskawica kręcili przy 16 stopniowym mrozie :)
Kwiecień się rozpoczął aktywnie. Mam nadzieję, że taki pozostanie :)
W sobotę rozpoczęliśmy sezon rowerowy (tzn.w sumie ja rozpoczęłam, bo M. już do mnie raz na rowerze przyjechał i gdzieś tam jeszcze był, ale w sobotę była „większa” wycieczka). Mimo chłodnej pogody i zachmurzonego nieba jechało się całkiem przyjemnie. Trasa z Moreny przez Suchanino do Brzeźna, powrót przez Zaspę.
W niedziele daliśmy odpocząć pośladkom i jazdę zamieniliśmy na spacer. „Spacer” w naszym wykonaniu to prawie marsz, no ale :P
Pojechaliśmy na Wyspę Sobieszewską, do Górek Wschodnich i obraliśmy trasę przez groblę, potem plażą a powrót lasem. Popłudnie już bardziej statyczne, bo pojechaliśmy do M. na obiad, on zajmował się Kostkiem, a ja trochę porozmawiałam z tatą M., a potem się zajęłam się Gabrysią. Mała już ma ponad 5 miesięcy, ładnie łapie rączkami zabawki, wierzga nóżkami, i jakie wielkie zdziwnie jak miś którego trzymała w rączkach, nie zmieścił jej się w buzi ;)
Wczoraj po pracy natomiast pobiłam swój rekord aktywności na basenie. Do pływania non stop przez 40min mi torchę kondycji jeszcze brakuje, ale są postępy.
Zaraz idziemy znowu na rower :) posprzątam kiedy indziej :P