Sierpień 2011
Monthly Archive
Monthly Archive
Zanim dojdę do spraw urlopowych, to napiszę słów kilka o ślubie i weselu, na którym byliśmy na początku sierpnia. Było to wesele kolegi M., z czasów studenckich. Byli i więc Balesiowie (znowu przed imprezą znałam całe dwie osoby), ale i też ich ‘paczka’ z tamtego okresu, w sumie 5 par i bawiliśmy się razem. Miło było słuchać ich opowieści z czasów studenckich (i licealnych, bo część już w szkole średniej się znała).
I tu naszła mnie refleksja (ha ha), ja nie mam żadnej takiej grupy znajomych. Zmiany miejsca zamieszkania, szkół i zainteresowań (i związków, i to nie tylko moich) spowodowały, źe wszystkie grupy albo się całkiem rozsypały, albo ja byłam w nich tylko obiektem tymczasowym. W skutek czego mam znajomych pojedynczych, z różnych ’grup’ i nie da się tego sklecić w całość. Może w Gdańsku się udomowię na tyle, że uda mi się w coś tu zagnieździć ;)
Ale wracając do zaślubin. Ślub był w kościele (sanktuarium?) w Matemblewie. Poza samą przysięgą, ceremonię spędziliśmy na słoneczku. Wysłuchiwanie kazań to nie dla mnie ;) Po tym były gołąbki (uwaga! Nalot dywanowy!), papierowe serduszka, płatki róż, miedziaki i ryż. Potem próba wyjechania spod świątyni (jeden ślub się nie pozbierał jeszcze, drugi był już w trakcie, a trzeci już się gromadził pod wejściem. To się nazywa przemiał). Ale udało nam się dojechać na wesele. Chleb z solą dla młodych, szampan dla wszystkich, rosołek, roladki, surówki i inne kluchy. Potem wódka, tańce, pierwsza kolacja, druga, trzecia, czwarta… Pomiędzy tym czekoladowa fontanna, jeże, tort, czy barszczyk z krokietem.
Co do jeży. Na śląsku na imprezach podaje się kopę. Biszkopt (zwykły, czekoladowy nasączany spirytusem, z dodatkiem bakalii, udekorowany bitą śmietaną i świeżymi (bądź zapuszkowanymi) owocami, uformowane na kształt kopy (w przybliżeniu półkula). Natomiast tutaj są jeże. Jeż składa się z warstw biszkoptu, przełożony kremem (na maśle) i bakaliami (i kandyzowane owoce), uformowane na ksztłt jeża (półkula z pyszczkiem?), w polewie czekoladowej, z kolcami z migdałów, wymalowanym pyszczkiem. Jeże miały wzięcie. Były brane od przodu, od tyłu i z boczku też (zboczeńce jedne).

W miarę upływu wódki chęci do tańca nie ubywało. Wietrzenie się na dworze też było przyjemną formą spędzania czasu, szczególnie na huśtawce w trakcie oczepin (za żadnym welonem skakać nie będę). Bawiliśmy się przednio (szczególnie budzenie przysypiających za pomocą pistoletu na wodę).

Gołębie i inne balony mnie nie kręcą. Ale Pan Młody przygotował prezentację, przedstawiające za pomocą zdjęć i komentarzy w komediowo-romantyczny sposób ich związek. Zresztą pobrali się dokładnie w 6 lat po ich pierwszym spotkaniu. Rozczulające to było.
W domu byliśmy o brzasku. Trochę spania, ogarnięcie się o powrót na sale. Jak tylko zamknęliśmy za nami drzwii, tak lunęło deszczem, że widoczność była praktycznie zerowa. Każdy kto wszedł do 30min po nas nadawał się na konkurs miss/mistera mokrego podkoszulka ;) Obiadek zjedliśmy, a potem ku uciesze wszystkich spragnionych ukazało się zimne piwo.
W naszym gronie przenieśliśmy się pod zadaszony taras, co jakiś czas ktoś z nas donosił piwo, półmiski z wędlinami, niedobitki jeży i innych ciast. Gdy zaczynało się ściemniać, przyjezdni się zaczęli rozjeżdżać, wróciliśmy na salę (i na parkiet). Koniec końców zostaliśmy do końca (po 22wyszliśmy) pomogliśmy w sprzątaniu, za co mamy w podzięce obdarowały nas sałatkami, ciastami, a Pan Młody wódką.

Podsumowując bawiłam się przednie :) nogi tylko trochę bolały. Szkoda, że ubywa znajomych, na których weselach można się bawić ;)
Zaległości, zaległości. Tutaj nic nie piszę, na kulinaria mam kilka potraw, a też nie mam czasu siąć i spisać. Mam nadzieję, że w tym tygodniu „generalne porządki” się zakończą. Potem będzie kolejny powód na brak czasu na wszystko – przyjeżdżają moi rodzice na kilka dni, więc tu będzie koncert w Oliwskiej Katedrze, tu bowling, tu kawka zapoznawcza (wiem, że nie mam się czym przejmować, ale jestem tym troszkę przerażona).
A w ciągu ostatnich dwóch tygodni? Od pn do pt czas leci, że nie ogarniam. Co prawda w pracy się częściej dłuży ;) ale wieczory mijają nawet nie wiem kiedy. Mimo, że zazwyczaj po powrocie czeka mnie sprzątanie (pranie, gotowanie), to szalenie miło i z uśmiechem mi się wraca. (tym barzdziej, że mam pomoc przy tym sprzątaniu i praniu i gotowaniu).
23-24 lipca odbyły się regaty klasy 505 (jednocześnie z Starami) w ramach Gdynia Sailing Days. Mieliśmy nie startować, ze względu na skrzywiony bom (i brak u mnie doświadczenia), a stanęło na tym, że tylko ja nie startowałam. Zbyszek, który przyjechał aż z Dolnego Śląska w ostatniej chwili „stracił” załoganta. A że M. jakieś doświadczenie ma, i był „wolny” to wystartował razem ze Zbyszkiem na jego łódce. Co nie zmieniło faktu, że w sobotę byłam w marinie przed 7 rano. Na szczęście w sobotę dotrzymała mi towarzystwa N. A w niedzielę M. szybko skończył pływanie, o czym za chwilę.
W sobotę było zimno, padało, wiało, padało i wiało. 5-6 w skali beauforta. Pogoda iście żeglarska… dla doświadczonych. Wszystkie załogi dzielnie walczyły (niektóre krócej, niektóre dłużej, ale z wyrwanym masztem ciężko pływać). Tylko się plątałam na brzegu pomiędzy łódkami, jak coś mogłam pomóc, to bardzo chętnie. Ale zazdrościłam chłopakom pływania (chociaż pewnie przy moich umiejętnościach to przy takiej pogodzie bym szybko wymiękła). A wieczorem po regatach – impreza w Contraście.
W niedzielę wiatr zmienił kierunek, i przy wyjściu z mariny nawet najlepsi mieli problemy. M. ze Zbyszkiem wyjście z Mariny zakończyli pięknym desantem na plaży. Tak więc gawiedź wypoczywająca w Gdyni miała atrakcję turystyczną. Po jakimś czasie zrobiło nam się niefromalne spotkanie – dołączyły do nas jeszcze dwie załogi, które wróciły do mariny, ze względu na zbyt intensywne nabieranie wody w komorach wypronościowych.. Ale dzięki temu, chłopaki pomogli kolejnej łódce szukającej schronienia na plaży odnaleźć prawidłowy kurs – wypchali chłopaków na zatokę. W końcu Igor zamienił się z M., i tak samo chłopaki wypchnęli w końcu łódkę Zbyszka na wodę.
Atmosfera przednia – zacięta rywalizacja na wodzie, a na lądzie, przyjazna, wręcz rodzinna atmosfera. Każdy chętny innej załodze do pomocy, każdy każdemu zaglądał do kokpitu podpatrując rozwiązania.
Bardzo bym chciała we wrześniu już jako załoga uczestniczyć w regatach, zobaczymy co z tego wyjdzie…
Miniony weekend minął równie szybko. Tak na prawdę, nie wiem co robiłam przez pół soboty (pewnie sie obijałam :D), natomiast pod wieczór pojechałam do Kartuz, do domu rodziców N. Wieczór uwieczniłyśmy spacerem torami w kierunku Somonina. I pewnie gdyby nie zmasowany atak komarów, do tego Somonina byśmy doszły. W niedzielę rodzinne śniadanie na kanapie :) a jak się już ogarnęłyśmy, to z rodzicami N. pojechaliśmy do Wyczechowa na obiad. Przy karczmie znalazłyśmy małego kotka i huśtawkę. Czyli wszystko co trzeba :D Po posiłku pojechałyśmy na wieżę widokową w Wieżycy (jak sobie pomyślę, jak ta wieża się huśtała…) a spod wieży miałam śliczne borowiki. Niestety kupione, zbieraczka ze mnie kiepska. Z Wieżycy, przez Złotą Górę, chciałyśmy pojechać do Chmielna na lody. Ale nawet moim cićkiem nie udało się nigdzie zaparkować :| Więc zajęchałyśmy do Kartuz na lody :) Odwiązłam N. do Gdyni, sama udając się w końcu do Gdańska, w towarzystwie skaczącego po samochodzie konika polnego, do domku, do mojego M. którego chwilę przed moim powrotem, przestała boleć głowa (i oczywiście nie miało to związku z faktem, że był w sobotę na kawalerskim, tylko to moja wina, bo łóżko przestawiłam ;)
0 comments rogatek | osobiste, praca, turystycznie, żeglarstwo