Wrzesień 2011
Monthly Archive
Monthly Archive
W dniach 2-4 września zostały rozegrane w Gdyni Żeglarskie Mistrzostwa Polski klas nieolimpijskich. W regatach wystartowały Lasery, 420-tki, Europy, Ok Dinghy, no i nasze 505-tki.
Warunki wiatrowe dość przeciętne dla wytrawnych żeglarzy, ale dla mnie i M. te 2-3*B były idealne na nasze pierwsze wspólne zejście na wodę. Tym bardziej, że poza jednokrotnym trapezowaniu na Latającym Holendrze bez rozwijania genui, to był mój debiut w pływaniu na tego rodzaju łódce.
Plan na pierwszy dzień, gdy wiało 3*B, to dopłynięcie do linii startu. Najbardziej (poza opcją ‘gleba’) bałam się wyjścia z mariny, ale kierunek wiatru był sprzyjający i wyszliśmy całkiem gładko. Tylko na dzień dobry miałam niespodziankę, bo chłopaki pływali ostatnio na naszym sterze, a że mają cieńszy bolec do mocowania, to zostawili tulejke w jarzmie. Której oczywiście nie zauważyłam i nie mogłam steru zamocować. Ale potem poszło już gładko. Wystartowaliśmy w pierwszym wyścigu, ale gdy kończyliśmy ‘śledzia’ wyścig przerwano, bo wiatr okręcił i postanowili przestawić trasę. Przy okazji przyszły chmury i wiatr wzrósł trochę na sile. Zestresowany już i tak rogaś, zapytał grzecznie sternika, czy możemy odpłynąć trochę w stronę brzegu i tak sobie zwroty poćwiczyć. W sumie po ok. 3h wróciliśmy ma brzeg. Komisja za to trzymała resztę (ok. 10.30 zeszliśmy na wodę) do 19. A to dlatego, że 420-tek i laserów było multum. I były falstarty. Więc przy zbiorowym falstarcie były powtórki startów. My za to zdążyliśmy sklarować łódkę, ogarnąć siebie, zjeść coś i przejść się popodziwiać wielkie żaglowce. Przez wydłużenie regat, walne Stowarzyszenia, które miało trwać od 17 do 19, trwało od 21 do 22.30. Po powrocie do domu po prostu padłam.
Drugiego dnia wiatr siadł. Wiało ok. 2*B. Wyjście z mariny pod wiatr, już nie mówiąc o tłoku. Co rusz jakiś „junior” pakował się nam w burtę. Ale udało się wypłynąć bez ofiar i desantu na plaży ;) Wystartowaliśmy w dwóch (z trzech tego dnia) wyścigach. W drugim nawet można powiedzieć, że się ścigaliśmy ;) Co prawda bez spinakera ciężko byłoby nie być ostatnim na mecie, ale w ostrych szliśmy ładnie nawet ;) Co ważniejsze w obu przypadkach mieliśmy zaliczony start (tj. dopłynęliśmy przed upływem 15min od przekroczenia linii mety przez pierwszą łódkę). Po biegach dwóch miałam dylemat. Ale brak kondycji przesądził sprawę i wróciliśmy na brzeg. W sumie nawet dobrze, bo jak reszta spływała, to chyba była bardziej zacięta walka o dostęp do slipu niż o miejsce przy boi…
Po powrocie do domu gorąca kąpiel i do łóżka. W ndz rano, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy, nie mogłam wstać z łóżka. Zawsze to ja M. wykopuje, tym razem to on mi „dawał jeszcze
5minut”. Tego dnia zdecydowaliśmy się na nie co inne pływanie-na basenie, pod gołym niebem. Potem wylegiwanie się na plaży, szwędanie po marinie do oficjalnego zakończenia MP.
Podsumowując, kariera żeglarska rozpoczęta dość dobrze. Najbardziej mnie podbudowało zdziwienie kilku osób pływających od dłuższego czasu, że to rzeczywiście był mój debiut nie tylko w regatach (Pucharze i Mistrzostwach Polski), w klasie 505, ale w ogóle w pływaniu tego typu łódkami (bo kabinówka, którą można pływać po okazaniu dowodu osobistego, to żaden wyczyn). I że nie tylko nie wywróciliśmy łódki, ale i zaliczyliśmy oba biegi, w których startowaliśmy. Dla podłechtania własnego ego dodam, że w pucharze jesteśmy przedostatni :D Liczę na tendencję zwyżkową :D
Miałam zamiar się rozpisać o urlopie, ale czasu ciągle brak. Więc chyba muszę się zadowolić skrótem wydarzeń.
Pierwszy dzień minął w samochodzie. Z Gdańska do Kudowy Zdroju trochę się jedzie. Widoki za szybami samochodu zmieniały się z mniej na bardziej malownicze. Chyba jest to mój ulubiony środek transportu (no zależy jeszcze, jak starym i niewygodnym gratem się jedzie). Ale zawsze (w dozwolonych miejscach oczywiście) można się zatrzymać, zobaczyć coś ciekawego, czy choćby nogi rozprostować. Korki? wiadomo, że jak się na korku na autostradzie utknie, to troche kiepsko, dlatego omijam płatne drogi, i zawsze można odbić na jakąś wieś, żeby nie stać w miejscu.
Następnego dnia pobudka wcześnie rano – i pojechaliśmy ustawić się do kolejki do wjazdu na parking przy Błędnych Skałach. Kolejkę, bo ruch wahadłowy, wypuszczają ograniczoną ilość samochodów o każdej pełnej (spuszczają o wpół do). Z parkingu już spacerkiem do „atrakcji dnia”. Spacer pomiędzy skałami, miejscami trzba było się dość wciągnąć, żeby przejść ;) I w sumie w tych miejscach tłok się robił (no bo najlepsze miejsce na zdjęcia), i czasem się stało kilka minut czekając na możliwość przejścia.
Ogólnie obieraliśmy system – wcześnie rano te najbardziej oblegane miejsca, popołudniami te mniej.
Tak więc, z Błędnych Skał zjechaliśmy i zmieniliśmy parking przy „Szosie stu zakrętów” i udaliśmy się do Skał Białych. Widokowo ciekawsza trasa – szlak prowadzi w dół urwiska. Jest skała, skała się kończy, kilkanaście metrów w dół. Widok na pola, Szczeliniec i inne wioski. I w ogóle myślałam, że to ja mam lęk wysokości i przestrzenny, ale jednak to nie ja.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Lewin Kłodzki. Na rynku jest kamienica z 1773 r. Przepadłam. Zakochana w niej jestem po uszy.
Trzeciego dnia udaliśmy się na północ od Kudowy, do naszych „południowych sąsiadów”. Najpierw spacer po Adrspackim Skalnym Mieście, z przepłynięciem tratwą po jeziorze, które słynie z tego, żenigdy zimą nie zamarza (pewnie ma to jakiś związek z tym, że co roku na jesieni spuszczają z niego wodę), a następnie Teplickie Skalne Miasto ze swoim zamkiem „Strzmiączkiem”, a raczej wzgórzem zamkowym, tzn. skałą zamkową, na która prowadzi ok 350 stopni (bardziej drabinę przypominających nachyleniem niż schody). Tego dnia widzieliśmy słonie, żółwie, żaby, sowy i inne pandy. Dobre miejsce dla dzieciaków – trasy na tyle dostosowane, że kilkulatki sobie poradzą, a uformowane przez wiatr, deszcz i czas skały pobudzają wyobraźnie. Wracaliśmy przez Nachod, gdzie zatrzyamliśmy się na chwilę. Weszliśmy na górę zamkową, i zaskoczyła nas zawartość suchej fosy. Dwa miśki. Chyba jednak wolę mokre fosy…
Kolejny dzień minął w tematyce wojskowej. Na pierwszy ogień Twierdza w Kłodzku wraz z jej chodnikami minerskimi (ten 90cm wysokości zaliczony). Potem – Srebrna Góra.
Piąty dzień – powrót w skały. A konkretnie Szczeliniec Wielki. Tradycyjnie pobudka rano, więc pomiędzy skałami swobodnie. Potem w schornisku szarlotka w szklance i sernik om nom nom nom. Gdy schodziliśmy w dół, przecierałam oczy ze zdzwienia widząc tę masę ludzi wchodzących pod górę. Szczerze im współczuję, że nie ruszyli się z łóżek wcześniej… Po „szczytach”, zeszliśmy pod ziemię – zwiedziliśmy kopalnię antracytu w Nowej Rudzie. Atrakcją wyjazd kolejką na powierzchnię. Potem spacer po mieście, a gdy wracaliśmy, rodzice wysadzili nas wcześniej, i poszliśmy na spacer, piwo, kolację i przez pola (czyli an skróty, bo kto będzie szedł znaną trasą, jak można pozwiedzać :P) na kwaterę.
Szósty dzień spędziliśmy w okolicach Wałbrzycha. Najpierw Kompleks „Riese”, w części udostępnionej turystycznie, czyli „Włodarz”, „Rzeczka” i „Osówka”. Ogrom pracy, ilość więźniów, które pracowały przy kopaniu tuneli, rozmach inwestycji. A do tego wiele niewyjaśnionych tajemnic. Wiadomo kto, kiedy i jak kopał. Ale nie wiemy po co, i czy wszystko co odkryte, to rzeczywiście jest wszystko?
Na koniec pojechaliśmy do Książa, na zamek. Pszczyna dużo lepiej się prezentuje. Wszystko dlatego, że okoliczności wojenne i powojenne były bardziej sprzyjające w Pszczynie, gdzie zachowało się 70% orginalnego wyposażenia.
Ostatniego dnia wybraliśmy się znowu na Czechy, tym razem do Kuksu. Gdzie znajduje się stary klasztor ze szpitalem uzdrowiskowym. A w nim czeskie muzeum farmacji. Obok minimuzeum „wszystkiego” z weltą średnioformatową włącznie (*ślini się strasznie*).
W dniu powrotu „zaliczyliśmy” jeszcze dwie atrakcje: kopalnię złota i arszeniku w Złotym Stoku (z korytarzem śmierci, z którego wychodzi się nogami do przodu) oraz zamek w Mosznej.
Z Kudowy pojechaliśmy do Pszczyny, gdzie w sobotę wieczorem załapaliśmy się na koncert Dżemu. Niedziela pobudka rano, i do Zamku. A w poniedziałek rano do Oli, a popołudniu na pociąg i 12 godzin w pociągu i o 5 rano w domu. Nie muszę mówić, że dzień był rozbity, i dobrze że dalej urlopowy, bo w pracy to siebie bym nie widziała ;)
Dwa tygodnie od urlopu minęły, a ja bym znowu gdzieś pojechała ;)