Październik 2011

[826]

No i koniec października za pasem. Dopadło mnie jesienne zmęczenie. Wychodzę z domu – ciemno, wracam – ciemno. W weekendy ostatnio jestem chora. Albo łódkę wywoziliśmy, jakieś porządki, zakupy i znowu do tyrki. A w pracy masa rzeczy do zrobienia na wczoraj. I zimno. 16-19 stopni. BHP-owiec: niech bezpośredni przełożony pisze do Administracyjnego. A bezpośredni przełożony to na delegacji, to na urlopie, to u prezydenta na spotkaniu. A ja potem wysmarkuje sobie mózg i sobotę dzielę z gorączką.

W minioną niedzielę byliśmy na roczku siostrzenicy M. W kręgu zainteresowań była solenizantka i jej półroczny kuzyn, więc ja już zeszłam z podestu pt. „nowość” i miałam trochę spokoju. Gabrysia coraz bardziej kumata, coraz mniej śliniąca się, coraz fajniejsza. Nu i wielki ikeowy słoń, po godzinie nieśmiałości, przypadł jej do gustu.

Z ciekawych spraw: zostałam szczęśliwą posiadaczką nowego canona 600D (mój pierwszy nieużywany aparat!) i mniej szczęśliwą posiadaczką kredytu. Zabawki nie mam za bardzo kiedy sprawdzić, z powodów podanych powyżej. Czasem jakiś kotlet się napatoczy, co widać na kulinariach, ale na przyłożenie się nawet do fot żarcia brakuje mi czasu.

Na weekend lecimy (!) na południe. Może to zaowocuje jesiennymi zdjęciami, mglistymi, z promieniami słońca prześwitującymi przez na wpół łyse liście drzew…

Btw. nikt się nie upomina że tu cisza?

M., siostrzenica i słoń

[825]

Wrzesień minął nie wiem nawet kiedy. Zaczął się październik, sezon grzewczy, pierwsze jesienne przeziębienie zaliczone, do tego zatrucie pokarmowe, przez co ominęła nas Błękitna Wstęga Zatoki Gdańskiej. Trochę basenu, trochę kręgli, wycieczka do Tczewa i wczorajszy spacer po Gdańsku, z odwiedzeniem zakładów mięsnych przy Angielskiej Grobli.

Budynek d. kina „Piast”. I niech ktoś powie, że w prl’u budowano brzydko.