kuchennie
Archived Posts from this Category
Archived Posts from this Category
Zanim dojdę do spraw urlopowych, to napiszę słów kilka o ślubie i weselu, na którym byliśmy na początku sierpnia. Było to wesele kolegi M., z czasów studenckich. Byli i więc Balesiowie (znowu przed imprezą znałam całe dwie osoby), ale i też ich ‘paczka’ z tamtego okresu, w sumie 5 par i bawiliśmy się razem. Miło było słuchać ich opowieści z czasów studenckich (i licealnych, bo część już w szkole średniej się znała).
I tu naszła mnie refleksja (ha ha), ja nie mam żadnej takiej grupy znajomych. Zmiany miejsca zamieszkania, szkół i zainteresowań (i związków, i to nie tylko moich) spowodowały, źe wszystkie grupy albo się całkiem rozsypały, albo ja byłam w nich tylko obiektem tymczasowym. W skutek czego mam znajomych pojedynczych, z różnych ’grup’ i nie da się tego sklecić w całość. Może w Gdańsku się udomowię na tyle, że uda mi się w coś tu zagnieździć ;)
Ale wracając do zaślubin. Ślub był w kościele (sanktuarium?) w Matemblewie. Poza samą przysięgą, ceremonię spędziliśmy na słoneczku. Wysłuchiwanie kazań to nie dla mnie ;) Po tym były gołąbki (uwaga! Nalot dywanowy!), papierowe serduszka, płatki róż, miedziaki i ryż. Potem próba wyjechania spod świątyni (jeden ślub się nie pozbierał jeszcze, drugi był już w trakcie, a trzeci już się gromadził pod wejściem. To się nazywa przemiał). Ale udało nam się dojechać na wesele. Chleb z solą dla młodych, szampan dla wszystkich, rosołek, roladki, surówki i inne kluchy. Potem wódka, tańce, pierwsza kolacja, druga, trzecia, czwarta… Pomiędzy tym czekoladowa fontanna, jeże, tort, czy barszczyk z krokietem.
Co do jeży. Na śląsku na imprezach podaje się kopę. Biszkopt (zwykły, czekoladowy nasączany spirytusem, z dodatkiem bakalii, udekorowany bitą śmietaną i świeżymi (bądź zapuszkowanymi) owocami, uformowane na kształt kopy (w przybliżeniu półkula). Natomiast tutaj są jeże. Jeż składa się z warstw biszkoptu, przełożony kremem (na maśle) i bakaliami (i kandyzowane owoce), uformowane na ksztłt jeża (półkula z pyszczkiem?), w polewie czekoladowej, z kolcami z migdałów, wymalowanym pyszczkiem. Jeże miały wzięcie. Były brane od przodu, od tyłu i z boczku też (zboczeńce jedne).

W miarę upływu wódki chęci do tańca nie ubywało. Wietrzenie się na dworze też było przyjemną formą spędzania czasu, szczególnie na huśtawce w trakcie oczepin (za żadnym welonem skakać nie będę). Bawiliśmy się przednio (szczególnie budzenie przysypiających za pomocą pistoletu na wodę).

Gołębie i inne balony mnie nie kręcą. Ale Pan Młody przygotował prezentację, przedstawiające za pomocą zdjęć i komentarzy w komediowo-romantyczny sposób ich związek. Zresztą pobrali się dokładnie w 6 lat po ich pierwszym spotkaniu. Rozczulające to było.
W domu byliśmy o brzasku. Trochę spania, ogarnięcie się o powrót na sale. Jak tylko zamknęliśmy za nami drzwii, tak lunęło deszczem, że widoczność była praktycznie zerowa. Każdy kto wszedł do 30min po nas nadawał się na konkurs miss/mistera mokrego podkoszulka ;) Obiadek zjedliśmy, a potem ku uciesze wszystkich spragnionych ukazało się zimne piwo.
W naszym gronie przenieśliśmy się pod zadaszony taras, co jakiś czas ktoś z nas donosił piwo, półmiski z wędlinami, niedobitki jeży i innych ciast. Gdy zaczynało się ściemniać, przyjezdni się zaczęli rozjeżdżać, wróciliśmy na salę (i na parkiet). Koniec końców zostaliśmy do końca (po 22wyszliśmy) pomogliśmy w sprzątaniu, za co mamy w podzięce obdarowały nas sałatkami, ciastami, a Pan Młody wódką.

Podsumowując bawiłam się przednie :) nogi tylko trochę bolały. Szkoda, że ubywa znajomych, na których weselach można się bawić ;)
Do końca tygodnia muszę podjąć męską decyzję, czy od połowy kwietnia do końca maja mieć zajęty każdy weekend, czy pół soboty i 4 razy w tygodniu wracać po 21.30 do domu. Bardziej się chyba jednak skłaniam ku pierwszej opcji, tym bardziej, że M. i tak w większość weekendów ma zajęcia, a ja spokojnie kurs zrobię. Przynajmniej drogi do Górek Zachodnich się nauczę na pamięć, nu i samochód będzie jeździł ;)
Weekend standardowo minął zbyt szybko. W piątek zakupy i jakiś film. W sobotę wylegiwanie się do 11, potem M. na angielski, a ja do kuchni nadziewać cannelloni wołowiną i szpinakiem. Gdy wrócił, zjedliśmy obiad a następnie poszliśmy do Romków. Przy okazji poznałam kolejnych znajomych M., którzy potem stwierdzili, że jestem „spoko” i „fajna” :p
Niedziela miała być ambitna, ale zabrakło spodni narciarskich dla rogasia. Żeby gdzieś jechać się szlajać (Krynicy Morskiej mi się zachciało), to za zimno. Gdy już się nastawiłam na obijanie się, M. stwierdził, że jedziemy na Wyspę Sobieszewską. A że było już po 12-tej, to skończyło się na Westerplatte. Zimno, śnieżnie, ale dotlenić się trzeba. Potem najeść, i pospać. I można stawić czoła kolejnemu tygodniowi.
Co do samego Westerplatte. Muszę się tam wybrać jak śniegi spłyną do zatoki. Zainteresowało mnie opracowanie ścieżki edukacyjnej (choćby sama koncepcja tablic – szkło z ponaklejanymi rysunkami, tekstem mapami – tylko że jasnoszare literki na tle białego śniegu są kiepsko widoczne) Zabezpieczone i „zakonserwowane” koszary, wieża obserwacyjna, pozostałości po magazynach, stanowiskach. No i po drodze obadać twierdzę Wisłoujście, bo w niedzielę była zamknięta, tylko dwa wilczury stały na murach i się gapiły.

Nowe koszary

Zmarznięte pyski
No dobra. Dorwałam e-booka „Mastering the Art of French Cooking”. Jutro na pierwszy ogień idzie zupa pieczarkowa Potage Veloute aux Champignons i Supremes de Volaille a Brun (czyli po ludzku cycki w mące na maśle smażone). Do tego marchewka i pure ziemniaczane z czosnkiem. Wish me luck.