praca

[821]

Zaległości, zaległości. Tutaj nic nie piszę, na kulinaria mam kilka potraw, a też nie mam czasu siąć i spisać. Mam nadzieję, że w tym tygodniu „generalne porządki” się zakończą. Potem będzie kolejny powód na brak czasu na wszystko – przyjeżdżają moi rodzice na kilka dni, więc tu będzie koncert w Oliwskiej Katedrze, tu bowling, tu kawka zapoznawcza (wiem, że nie mam się czym przejmować, ale jestem tym troszkę przerażona).
A w ciągu ostatnich dwóch tygodni? Od pn do pt czas leci, że nie ogarniam. Co prawda w pracy się częściej dłuży ;) ale wieczory mijają nawet nie wiem kiedy. Mimo, że zazwyczaj po powrocie czeka mnie sprzątanie (pranie, gotowanie), to szalenie miło i z uśmiechem mi się wraca. (tym barzdziej, że mam pomoc przy tym sprzątaniu i praniu i gotowaniu).
23-24 lipca odbyły się regaty klasy 505 (jednocześnie z Starami) w ramach Gdynia Sailing Days. Mieliśmy nie startować, ze względu na skrzywiony bom (i brak u mnie doświadczenia), a stanęło na tym, że tylko ja nie startowałam. Zbyszek, który przyjechał aż z Dolnego Śląska w ostatniej chwili „stracił” załoganta. A że M. jakieś doświadczenie ma, i był „wolny” to wystartował razem ze Zbyszkiem na jego łódce. Co nie zmieniło faktu, że w sobotę byłam w marinie przed 7 rano. Na szczęście w sobotę dotrzymała mi towarzystwa N. A w niedzielę M. szybko skończył pływanie, o czym za chwilę.
W sobotę było zimno, padało, wiało, padało i wiało. 5-6 w skali beauforta. Pogoda iście żeglarska… dla doświadczonych. Wszystkie załogi dzielnie walczyły (niektóre krócej, niektóre dłużej, ale z wyrwanym masztem ciężko pływać). Tylko się plątałam na brzegu pomiędzy łódkami, jak coś mogłam pomóc, to bardzo chętnie. Ale zazdrościłam chłopakom pływania (chociaż pewnie przy moich umiejętnościach to przy takiej pogodzie bym szybko wymiękła). A wieczorem po regatach – impreza w Contraście.
W niedzielę wiatr zmienił kierunek, i przy wyjściu z mariny nawet najlepsi mieli problemy. M. ze Zbyszkiem wyjście z Mariny zakończyli pięknym desantem na plaży. Tak więc gawiedź wypoczywająca w Gdyni miała atrakcję turystyczną. Po jakimś czasie zrobiło nam się niefromalne spotkanie – dołączyły do nas jeszcze dwie załogi, które wróciły do mariny, ze względu na zbyt intensywne nabieranie wody w komorach wypronościowych.. Ale dzięki temu, chłopaki pomogli kolejnej łódce szukającej schronienia na plaży odnaleźć prawidłowy kurs – wypchali chłopaków na zatokę. W końcu Igor zamienił się z M., i tak samo chłopaki wypchnęli w końcu łódkę Zbyszka na wodę.
Atmosfera przednia – zacięta rywalizacja na wodzie, a na lądzie, przyjazna, wręcz rodzinna atmosfera. Każdy chętny innej załodze do pomocy, każdy każdemu zaglądał do kokpitu podpatrując rozwiązania.
Bardzo bym chciała we wrześniu już jako załoga uczestniczyć w regatach, zobaczymy co z tego wyjdzie…
Miniony weekend minął równie szybko. Tak na prawdę, nie wiem co robiłam przez pół soboty (pewnie sie obijałam :D), natomiast pod wieczór pojechałam do Kartuz, do domu rodziców N. Wieczór uwieczniłyśmy spacerem torami w kierunku Somonina. I pewnie gdyby nie zmasowany atak komarów, do tego Somonina byśmy doszły. W niedzielę rodzinne śniadanie na kanapie :) a jak się już ogarnęłyśmy, to z rodzicami N. pojechaliśmy do Wyczechowa na obiad. Przy karczmie znalazłyśmy małego kotka i huśtawkę. Czyli wszystko co trzeba :D Po posiłku pojechałyśmy na wieżę widokową w Wieżycy (jak sobie pomyślę, jak ta wieża się huśtała…) a spod wieży miałam śliczne borowiki. Niestety kupione, zbieraczka ze mnie kiepska. Z Wieżycy, przez Złotą Górę, chciałyśmy pojechać do Chmielna na lody. Ale nawet moim cićkiem nie udało się nigdzie zaparkować :| Więc zajęchałyśmy do Kartuz na lody :) Odwiązłam N. do Gdyni, sama udając się w końcu do Gdańska, w towarzystwie skaczącego po samochodzie konika polnego, do domku, do mojego M. którego chwilę przed moim powrotem, przestała boleć głowa (i oczywiście nie miało to związku z faktem, że był w sobotę na kawalerskim, tylko to moja wina, bo łóżko przestawiłam ;)

[810]

Coraz rzadziej piszę, ale to dlatego, że coraz rzadziej spędzam przed kompem. I tak mi wystarcza 8h w pracy. Do tego dochodzi jeszcze fakt, iż nie bywam ostatnio zbyt wiele „u siebie”. Wielkanoc spędziłam na Suchaninie podobnie jak poprzedni tydzień. A wiadomo, jeden komputer, a dwie osoby, dzielić się potrafiliśmy, ale nie starczało czasu na wszystko ;) Do tego zaliczyłam dwa (niezależne) zatrucia pokarmowe w majówkę, więc weekend trwał u mnie 5 dni, z czego dwa dni zdechła przeleżałam w łóżku (a M. się ślicznie mną opiekował), a pozostałe 3 dni na łódce.
Za tydzień mam egzamin, średnio go widzę, no ale co tam…

W pracy dużo różnych spraw. Nowa umowa podpisana, troszkę lepiej z kasą, ale dalej z oszczędzaniem kiepsko to widzę. No cóż, coś będzie trzeba pokombinować ;)

 

[809]

Zawsze sobie przypominam, ze miałam w końcu coś napisać, jak już leżę pod kołdrą przytulona do dupy Kleofasa. Zawsze jak go zgarniam do spania, to się tyłkiem do mnie wystawia ;)

To może zacznę od końca, śniło mi się dziś, że była zima, że dalej jeździłam malinowym, i że miałam taką małą, słodziutką córeczkę. Na wpół śpiąc jeszcze, podczas budzenia M. napomknęłam, że niech się moimi odruchami macierzyńskimi nie przejmuje, bo to wiek rozrodczy, hormony i w ogóle, ale zdrowego rozsądku mi jeszcze trochę zostało, więc macierzyństwo musi poczekać.

W pracy czekam na telefon z kadr, że umowa do podpisania czeka. Żebym mogła do szefa wystartować z wnioskiem o urlop na 2 maja, bo mi kurs tak ustawili, że calusieńką majówkę na łódce spędzam.

Święta za to wolne, i święta spędzam na Suchaninie. Bez mojego udziału ustalono, że na noc zostaje, mama M. stwierdziła, że nie ma problemu, że jest wolny pokój, a M. na to „ale to i tak bez znaczenia, przecież będzie spać u mnie”. „A to wy tak blisko ślubu już jesteście?” Hmmm… No w każdym bądź razie ze mną nikt o ślubie jeszcze nie rozmawiał.

Wracając do pływania to podoba mi się, dopóki nie muszę być sternikiem, niby patent się nazywa „żeglarz jachtowy”, ale trzeba umieć dowodzić małą jednostką śródlądową. Pewnie wszyscy się będą śmiać, że rogaś się rządzić nie chce, a mi tam dobrze przy szotach foka, na dziobie walcząc z cumą, nawet bycie desantem nie jest złe.
Ale pewnie jak w końcu załapię inerrcję, wszystkie opory wody i skrętność jachtu to się to zmieni :p

 

Next »