sport
Archived Posts from this Category
Archived Posts from this Category
Urlopy mają to do siebie, że zawsze są za krótkie. Nawet zostawienie sobie 1 dnia po powrocie z wyjazdu na ogarnięcie spraw domowych to mało, aczkolwiek jeśli się da zarezerwować chociaż jeden taki dzień to warto. Pranie, zakupy i inne takie same się nie zrobią. Aczkolwiek mieliśmy sprawę dodatkowo ułatwioną, bo na obiedzie wylądowaliśmy u rodziców M.
Ale co do samego wyjazdu. Ostatni tydzień spędziliśmy wraz z znajomym małżeństwem (jak to poważnie brzmi!) w Austri. Konkretnie Tyrol, Zillertal, Mayrnhofen. Wyjazd zorganizowany w konkrrtnym celu – jazda na nartach. Co też wszyscy potrafili, za wyjątkiem mnie. Pierwsze próby był to płacz, panika i nieustanne „boję się”. Zostało mi już tylko to ostatnie, ale podobno umiem jeździć, tylko teraz nad techniką trzeba popracować ;)
Ogólnie wbdolinie trwała cudna jesienio-wiosna. Do środy włącznie (czyli 4 dni z naszych 6 objętych skipassem) można było jeździeć jedynie na lodowcu. Taka trasa nr 17, niebieska, szeroka, ale miejscami tak stroma, że „zjazd”, a raczje ześlizg zajął mi 2.5h, czyli z 7 razy dłużej niż „normalnie”. Potem moi kompani stwierdzili, że jakoś się ześliznę czerwoną 8-ką i potem będę mogła śmigać na niebieskiej 9a. Wjechałam na górę, wiało, śnieżyło, widoczność na 5-7m. Wróciłam do kolejki, zjechałam stację niżej i poczekałam na resztę.
Pojeździłam dopiero (i niestety jedynie) w czwartek. Zamiast na Hintertux, wjechaliśmy na Ahorn. Jedna trasa czynna i mimo całodziennego śnieżenia (nie ma nic gorszego niż wyrżnąć w zasięgu armatki) na dole trawa wystawała. Ale za to dość szeroka, źe śmiało jeździłam połową szerkości, to poza trasą żadnych urwisk, tylko głęboki śnieg :) Pierwszy raz zjechałam na trzęsących się nogach, ale potem coraz odważniej, nie zrażając się lądowaniem na tyłku czy szorowaniem twarzą po stoku ;)
Niestety przy jednym z upadków wykręciłam sobie trochę kalano, więc w piątek zdecydowałam się nq czytanie książki przy grzanym winie.
Do domku zjeżdżaliśmy koło 14, obiad, karty oglądanie „Sondy” na TVP Polonia i inne rozrywki.
Przydałoby się wygrać w totka, żeby na wiosnę też się wybrać :)
Bzium :)
Byle do wyciągu ;)
Na wyciągu same przyjemności ;)
Z rozpoczęcia treningów na razie nic nie wyszło. M. zerwał sobie dzień przed pierwszym treningiem na 505-tce ścięgno w palcu lewej ręki. Usztywnienie na 6 tygodni. Za jakiś czas może popływam z jego tatą, a M. będzie robił za balast na latającym holendrze (sama z jego ojcem się nie dam na łódkę wsadzić :p).
Więc na razie możemy się szkolić tylko w teorii – jutro wybieramy się do Wdzydz na szkolenie z przepisów regatowych. A że wzięłam sobie wolne, to jedziemy już rano, po drodze zwiedzając Szymbark (znowu dom do góry nogami), Kościerzynę (jeśli jest tam co zwiedzać :p) i skansen we Wdzydzach.
Korzystając z wolnego czasu trochę się ukulturalniliśmy się. W zeszłym tygodniu byliśmy na kabaretonie (Ani mru mru, Kabarety: Młodszych Panów, Smile i Słoiczek po cukrze) oraz byliśmy na koncertach Lao Che, Dżemu, Strachów i T.Love (w ramach Neptunalii 2011).
A zamiast planowanego pierwszego treningu zrebiliśmy sobie wycieczkę tramwajem do Helu, gdzie głównym punktem było Muzeum Obrony Wybrzeża.

Kwiecień się rozpoczął aktywnie. Mam nadzieję, że taki pozostanie :)
W sobotę rozpoczęliśmy sezon rowerowy (tzn.w sumie ja rozpoczęłam, bo M. już do mnie raz na rowerze przyjechał i gdzieś tam jeszcze był, ale w sobotę była „większa” wycieczka). Mimo chłodnej pogody i zachmurzonego nieba jechało się całkiem przyjemnie. Trasa z Moreny przez Suchanino do Brzeźna, powrót przez Zaspę.
W niedziele daliśmy odpocząć pośladkom i jazdę zamieniliśmy na spacer. „Spacer” w naszym wykonaniu to prawie marsz, no ale :P
Pojechaliśmy na Wyspę Sobieszewską, do Górek Wschodnich i obraliśmy trasę przez groblę, potem plażą a powrót lasem. Popłudnie już bardziej statyczne, bo pojechaliśmy do M. na obiad, on zajmował się Kostkiem, a ja trochę porozmawiałam z tatą M., a potem się zajęłam się Gabrysią. Mała już ma ponad 5 miesięcy, ładnie łapie rączkami zabawki, wierzga nóżkami, i jakie wielkie zdziwnie jak miś którego trzymała w rączkach, nie zmieścił jej się w buzi ;)
Wczoraj po pracy natomiast pobiłam swój rekord aktywności na basenie. Do pływania non stop przez 40min mi torchę kondycji jeszcze brakuje, ale są postępy.
Zaraz idziemy znowu na rower :) posprzątam kiedy indziej :P