turystycznie

[830]

Urlopy mają to do siebie, że zawsze są za krótkie. Nawet zostawienie sobie 1 dnia po powrocie z wyjazdu na ogarnięcie spraw domowych to mało, aczkolwiek jeśli się da zarezerwować chociaż jeden taki dzień to warto. Pranie, zakupy i inne takie same się nie zrobią. Aczkolwiek mieliśmy sprawę dodatkowo ułatwioną, bo na obiedzie wylądowaliśmy u rodziców M.
Ale co do samego wyjazdu. Ostatni tydzień spędziliśmy wraz z znajomym małżeństwem (jak to poważnie brzmi!) w Austri. Konkretnie Tyrol, Zillertal, Mayrnhofen. Wyjazd zorganizowany w konkrrtnym celu – jazda na nartach. Co też wszyscy potrafili, za wyjątkiem mnie. Pierwsze próby był to płacz, panika i nieustanne „boję się”. Zostało mi już tylko to ostatnie, ale podobno umiem jeździć, tylko teraz nad techniką trzeba popracować ;)
Ogólnie wbdolinie trwała cudna jesienio-wiosna. Do środy włącznie (czyli 4 dni z naszych 6 objętych skipassem) można było jeździeć jedynie na lodowcu. Taka trasa nr 17, niebieska, szeroka, ale miejscami tak stroma, że „zjazd”, a raczje ześlizg zajął mi 2.5h, czyli z 7 razy dłużej niż „normalnie”. Potem moi kompani stwierdzili, że jakoś się ześliznę czerwoną 8-ką i potem będę mogła śmigać na niebieskiej 9a. Wjechałam na górę, wiało, śnieżyło, widoczność na 5-7m. Wróciłam do kolejki, zjechałam stację niżej i poczekałam na resztę.
Pojeździłam dopiero (i niestety jedynie) w czwartek. Zamiast na Hintertux, wjechaliśmy na Ahorn. Jedna trasa czynna i mimo całodziennego śnieżenia (nie ma nic gorszego niż wyrżnąć w zasięgu armatki) na dole trawa wystawała. Ale za to dość szeroka, źe śmiało jeździłam połową szerkości, to poza trasą żadnych urwisk, tylko głęboki śnieg :) Pierwszy raz zjechałam na trzęsących się nogach, ale potem coraz odważniej, nie zrażając się lądowaniem na tyłku czy szorowaniem twarzą po stoku ;)
Niestety przy jednym z upadków wykręciłam sobie trochę kalano, więc w piątek zdecydowałam się nq czytanie książki przy grzanym winie.
Do domku zjeżdżaliśmy koło 14, obiad, karty oglądanie „Sondy” na TVP Polonia i inne rozrywki.
Przydałoby się wygrać w totka, żeby na wiosnę też się wybrać :)

Bzium :)

Byle do wyciągu ;)

Na wyciągu same przyjemności ;)

Więcej fotek

[827]

Długi weekend (w przypadku 1 listopada strasznie nie lubię określenia „świąteczny weekend”) spędziliśmy z M. w moich rodzinnych stronach. Bilety kupione były już w czerwcu, dzięki czemu za cenę 20zł wyższą niż kolejowym ekspresem M. odbył swoją poerwszą podróż w przestworza z LOTem. Przesiadka w Warszawie nie była nawet uciążliwa, a ja się tylko śmiałam, że maleństwem lecimy (zawsze latałam takim co zabiera 3x wiecej pasażerów niż ATR). Tak więc w sobotę wieczorem, bezboleśnie dotarliśmy do Pciny.

W niedzielę miał być spacer po lesie. Pogoda cudna, słoneczna, złotojesienna. Spacer był, ale po parku. A dodatkową atrakcją było grzebanie w dziuplach i pod korzeniami.

O geocachingu wiedziałam wcześniej, nawet zarejestrowana na opengeocaching.pl byłam już w 2009 r. Ale brak skrzynek w najbliższej okolicy, brak elektronicznego urządzenia geolokalizayjnego oraz umiejętności nawigacyjnych ;) zniechęciły mnie do zabawy. Ale prze dwa lata wzrosła liczba skrzynek, jak i dostępność do urządzeń geolokalizacyjnych. W ten oto sposób tydzień temu zostałam, przy czynnym udziale M., aktywną poszukiwaczką keszy. Z 10 jakie sobie obraliśmy sobie za cel, tylko jednej nie znaleźliśmy, do jednej nie dotarliśmy ze względu na brak czasu, a jedna była w takim miejscu, że wyciągnięcie jej wzbudziło by spore zainteresowanie ludzi i służb miejskich (wspinanie się po elementach małej architektury w najbardziej zaludnionym miejscu w mieście w niedzielne popołudnie raczej odpada). Również we wtorek, jak pojechaliśmy do Piotrowic, to wyciągnęłam kuzynów na spacer na Zadole i znaleźliśmy 2 z planowanych 3 :)

W niedzielny wieczór poszłam z Olą do Muzycznej na Pszczyńskiego Diablaka. Ja już od sierpnia przy każdej okazji podpijam, Ola piła pierwszy raz i bardzo jej zasmakowało. Niespodziewanie jeszcze trafiłyśmy na Beatkę :)

Jakby Oli było by mi mało – w poniedziałek kilka minut po ósmej rano byłam w Starostwie. Posiedziałam z dziewczynami na podawczym, wspominając sobie dawne czasy. Tęsknię za tamtejszą atmosferą, ehhh.

Wieczorem natomiast wybraliśmy się z M. do Ewe i Przemka. Przemek zrobił kurczaczki, Ewelina sałatki, lał się alkohol ;) Czemuż ten Śląsk leży tak daleko od Gdańska…

We wtorek, oprócz wspomnianego wypadu do Piotrowic głównie się obijaliśmy. Ogólnie wyjazd potraktowaliśmy rekreacyjnie. A obijanie się polegało na rozwiązywaniu krzyżówek logicznych i panoramicznych.

We wtorkowy wieczór zaczęliśmy bacznie śledzić niusy dot. Okęcia. Plan zakładał powrót drogą powietrzną z przesiadką w stolicy. O 23 podjeliśmy decyzję, że wracamy ekspresem o 5.15 (o 16 w Gda, samolot też miał być na miejscu o 16, ale wylot przed 12, i ta wygoda…) O dziwo, pociąg nie miał opóźnienia ;) Teraz tylko od LOTu odzyskać pieniądze.

Po weekendzie tylko dwa dni pracy i kolejny weekend, ale o tym w następnym odcinku…

Most Prawdy w pszczyńskim parku
Most Prawdy w pszczyńskim parku
Pszczyński park
Pszczyński park
Skrzynka z grobów książęcych w pszczyńskim parku
Skrzynka z grobów książęcych w pszczyńskim parku
Kicia w pszczyńskim parku
Kicia w pszczyńskim parku
Przemek
Przemek
Ewe
Mój kuzyn, Alan
Mój kuzyn, Alan

[823]

Miałam zamiar się rozpisać o urlopie, ale czasu ciągle brak. Więc chyba muszę się zadowolić skrótem wydarzeń.

Pierwszy dzień minął w samochodzie. Z Gdańska do Kudowy Zdroju trochę się jedzie. Widoki za szybami samochodu zmieniały się z mniej na bardziej malownicze. Chyba jest to mój ulubiony środek transportu (no zależy jeszcze, jak starym i niewygodnym gratem się jedzie). Ale zawsze (w dozwolonych miejscach oczywiście) można się zatrzymać, zobaczyć coś ciekawego, czy choćby nogi rozprostować. Korki? wiadomo, że jak się na korku na autostradzie utknie, to troche kiepsko, dlatego omijam płatne drogi, i zawsze można odbić na jakąś wieś, żeby nie stać w miejscu.

Następnego dnia pobudka wcześnie rano – i pojechaliśmy ustawić się do kolejki do wjazdu na parking przy Błędnych Skałach. Kolejkę, bo ruch wahadłowy, wypuszczają ograniczoną ilość samochodów o każdej pełnej (spuszczają o wpół do). Z parkingu już spacerkiem do „atrakcji dnia”. Spacer pomiędzy skałami, miejscami trzba było się dość wciągnąć, żeby przejść ;) I w sumie w tych miejscach tłok się robił (no bo najlepsze miejsce na zdjęcia), i czasem się stało kilka minut czekając na możliwość przejścia.
Ogólnie obieraliśmy system – wcześnie rano te najbardziej oblegane miejsca, popołudniami te mniej.
Tak więc, z Błędnych Skał zjechaliśmy i zmieniliśmy parking przy „Szosie stu zakrętów” i udaliśmy się do Skał Białych. Widokowo ciekawsza trasa – szlak prowadzi w dół urwiska. Jest skała, skała się kończy, kilkanaście metrów w dół. Widok na pola, Szczeliniec i inne wioski. I w ogóle myślałam, że to ja mam lęk wysokości i przestrzenny, ale jednak to nie ja.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Lewin Kłodzki. Na rynku jest kamienica z 1773 r. Przepadłam. Zakochana w niej jestem po uszy.

Trzeciego dnia udaliśmy się na północ od Kudowy, do naszych „południowych sąsiadów”. Najpierw spacer po Adrspackim Skalnym Mieście, z przepłynięciem tratwą po jeziorze, które słynie z tego, żenigdy zimą nie zamarza (pewnie ma to jakiś związek z tym, że co roku na jesieni spuszczają z niego wodę), a następnie Teplickie Skalne Miasto ze swoim zamkiem „Strzmiączkiem”, a raczej wzgórzem zamkowym, tzn. skałą zamkową, na która prowadzi ok 350 stopni (bardziej drabinę przypominających nachyleniem niż schody). Tego dnia widzieliśmy słonie, żółwie, żaby, sowy i inne pandy. Dobre miejsce dla dzieciaków – trasy na tyle dostosowane, że kilkulatki sobie poradzą, a uformowane przez wiatr, deszcz i czas skały pobudzają wyobraźnie. Wracaliśmy przez Nachod, gdzie zatrzyamliśmy się na chwilę. Weszliśmy na górę zamkową, i zaskoczyła nas zawartość suchej fosy. Dwa miśki. Chyba jednak wolę mokre fosy…

Kolejny dzień minął w tematyce wojskowej. Na pierwszy ogień Twierdza w Kłodzku wraz z jej chodnikami minerskimi (ten 90cm wysokości zaliczony). Potem – Srebrna Góra.

Piąty dzień – powrót w skały. A konkretnie Szczeliniec Wielki. Tradycyjnie pobudka rano, więc pomiędzy skałami swobodnie. Potem w schornisku szarlotka w szklance i sernik om nom nom nom. Gdy schodziliśmy w dół, przecierałam oczy ze zdzwienia widząc tę masę ludzi wchodzących pod górę. Szczerze im współczuję, że nie ruszyli się z łóżek wcześniej… Po „szczytach”, zeszliśmy pod ziemię – zwiedziliśmy kopalnię antracytu w Nowej Rudzie. Atrakcją wyjazd kolejką na powierzchnię. Potem spacer po mieście, a gdy wracaliśmy, rodzice wysadzili nas wcześniej, i poszliśmy na spacer, piwo, kolację i przez pola (czyli an skróty, bo kto będzie szedł znaną trasą, jak można pozwiedzać :P) na kwaterę.

Szósty dzień spędziliśmy w okolicach Wałbrzycha. Najpierw Kompleks „Riese”, w części udostępnionej turystycznie, czyli „Włodarz”, „Rzeczka” i „Osówka”. Ogrom pracy, ilość więźniów, które pracowały przy kopaniu tuneli, rozmach inwestycji. A do tego wiele niewyjaśnionych tajemnic. Wiadomo kto, kiedy i jak kopał. Ale nie wiemy po co, i czy wszystko co odkryte, to rzeczywiście jest wszystko?
Na koniec pojechaliśmy do Książa, na zamek. Pszczyna dużo lepiej się prezentuje. Wszystko dlatego, że okoliczności wojenne i powojenne były bardziej sprzyjające w Pszczynie, gdzie zachowało się 70% orginalnego wyposażenia.

Ostatniego dnia wybraliśmy się znowu na Czechy, tym razem do Kuksu. Gdzie znajduje się stary klasztor ze szpitalem uzdrowiskowym. A w nim czeskie muzeum farmacji. Obok minimuzeum „wszystkiego” z weltą średnioformatową włącznie (*ślini się strasznie*).

W dniu powrotu „zaliczyliśmy” jeszcze dwie atrakcje: kopalnię złota i arszeniku w Złotym Stoku (z korytarzem śmierci, z którego wychodzi się nogami do przodu) oraz zamek w Mosznej.

Z Kudowy pojechaliśmy do Pszczyny, gdzie w sobotę wieczorem załapaliśmy się na koncert Dżemu. Niedziela pobudka rano, i do Zamku. A w poniedziałek rano do Oli, a popołudniu na pociąg i 12 godzin w pociągu i o 5 rano w domu. Nie muszę mówić, że dzień był rozbity, i dobrze że dalej urlopowy, bo w pracy to siebie bym nie widziała ;)

Dwa tygodnie od urlopu minęły, a ja bym znowu gdzieś pojechała ;)

Focisze

Next »