[822]
Zanim dojdę do spraw urlopowych, to napiszę słów kilka o ślubie i weselu, na którym byliśmy na początku sierpnia. Było to wesele kolegi M., z czasów studenckich. Byli i więc Balesiowie (znowu przed imprezą znałam całe dwie osoby), ale i też ich ‘paczka’ z tamtego okresu, w sumie 5 par i bawiliśmy się razem. Miło było słuchać ich opowieści z czasów studenckich (i licealnych, bo część już w szkole średniej się znała).
I tu naszła mnie refleksja (ha ha), ja nie mam żadnej takiej grupy znajomych. Zmiany miejsca zamieszkania, szkół i zainteresowań (i związków, i to nie tylko moich) spowodowały, źe wszystkie grupy albo się całkiem rozsypały, albo ja byłam w nich tylko obiektem tymczasowym. W skutek czego mam znajomych pojedynczych, z różnych ’grup’ i nie da się tego sklecić w całość. Może w Gdańsku się udomowię na tyle, że uda mi się w coś tu zagnieździć ;)
Ale wracając do zaślubin. Ślub był w kościele (sanktuarium?) w Matemblewie. Poza samą przysięgą, ceremonię spędziliśmy na słoneczku. Wysłuchiwanie kazań to nie dla mnie ;) Po tym były gołąbki (uwaga! Nalot dywanowy!), papierowe serduszka, płatki róż, miedziaki i ryż. Potem próba wyjechania spod świątyni (jeden ślub się nie pozbierał jeszcze, drugi był już w trakcie, a trzeci już się gromadził pod wejściem. To się nazywa przemiał). Ale udało nam się dojechać na wesele. Chleb z solą dla młodych, szampan dla wszystkich, rosołek, roladki, surówki i inne kluchy. Potem wódka, tańce, pierwsza kolacja, druga, trzecia, czwarta… Pomiędzy tym czekoladowa fontanna, jeże, tort, czy barszczyk z krokietem.
Co do jeży. Na śląsku na imprezach podaje się kopę. Biszkopt (zwykły, czekoladowy nasączany spirytusem, z dodatkiem bakalii, udekorowany bitą śmietaną i świeżymi (bądź zapuszkowanymi) owocami, uformowane na kształt kopy (w przybliżeniu półkula). Natomiast tutaj są jeże. Jeż składa się z warstw biszkoptu, przełożony kremem (na maśle) i bakaliami (i kandyzowane owoce), uformowane na ksztłt jeża (półkula z pyszczkiem?), w polewie czekoladowej, z kolcami z migdałów, wymalowanym pyszczkiem. Jeże miały wzięcie. Były brane od przodu, od tyłu i z boczku też (zboczeńce jedne).

W miarę upływu wódki chęci do tańca nie ubywało. Wietrzenie się na dworze też było przyjemną formą spędzania czasu, szczególnie na huśtawce w trakcie oczepin (za żadnym welonem skakać nie będę). Bawiliśmy się przednio (szczególnie budzenie przysypiających za pomocą pistoletu na wodę).

Gołębie i inne balony mnie nie kręcą. Ale Pan Młody przygotował prezentację, przedstawiające za pomocą zdjęć i komentarzy w komediowo-romantyczny sposób ich związek. Zresztą pobrali się dokładnie w 6 lat po ich pierwszym spotkaniu. Rozczulające to było.
W domu byliśmy o brzasku. Trochę spania, ogarnięcie się o powrót na sale. Jak tylko zamknęliśmy za nami drzwii, tak lunęło deszczem, że widoczność była praktycznie zerowa. Każdy kto wszedł do 30min po nas nadawał się na konkurs miss/mistera mokrego podkoszulka ;) Obiadek zjedliśmy, a potem ku uciesze wszystkich spragnionych ukazało się zimne piwo.
W naszym gronie przenieśliśmy się pod zadaszony taras, co jakiś czas ktoś z nas donosił piwo, półmiski z wędlinami, niedobitki jeży i innych ciast. Gdy zaczynało się ściemniać, przyjezdni się zaczęli rozjeżdżać, wróciliśmy na salę (i na parkiet). Koniec końców zostaliśmy do końca (po 22wyszliśmy) pomogliśmy w sprzątaniu, za co mamy w podzięce obdarowały nas sałatkami, ciastami, a Pan Młody wódką.

Podsumowując bawiłam się przednie :) nogi tylko trochę bolały. Szkoda, że ubywa znajomych, na których weselach można się bawić ;)

