Od przełomu lipca i sierpnia szukałam pracy. Kryteria – coś powiązane z architekturą, ale nie pracowania projektowa; Trójmiasto. Znaleźć cokolwiek było ciężko, aż w połowie września trafiłam na ogłoszenie, odpowiadające moim wymaganiom, a jednocześnie ja spełniałam wszystkie wymogi stawiane przez pracodawcę. Jak dla mnie – marzenie. Posłałam więc aplikację z wszystkimi wymaganymi dokumentami. I czekałam z niecierpliwością (hm… zwrotka dalej nie dotarła :D). Ale doczekałam się i zostałam zaproszona na rozmowę ( w tym celu pojechałam do Trójmiasta w ubiegłym tygodniu). Rozmowa przeprowadzona z kadrową, moim przyszłym możliwym przełożony oraz przyszłą możliwą współpracownicą. Głównie pytanie, czemu tak daleko od domu :) dopytanie się o staż, o same studia, o pracę w UK. Do końca tygodnia mieli dać znać. No to zadzwonili w piątek. Że z 9-ciu osób wybrali 3, w tym mnie. I poprosili o dosłanie portfolio, dyplomu oraz oceny ze stażu lub jakiś innych referencji. projekty posłałam, szef mi śliczną ocenę wystawił :) i zaprosili na jeszcze jedną rozmowę, która odbyła się w miniony wtorek. Głównie chodziło o ustną deklarację, że jestem gotowa do pracy od zaraz, że mam już mieszkanie itp. I czy zamierzam tu (w Trójmieście) się zatrzymać na dłużej – jak tylko będzie praca to się nie będę nigdzie ruszać (no chyba, że na urlop :P). Trochę poopowiadał o pracy „komórki” i że w najbliższym czasie z budynku UM przenoszą się do budynku PLO. I na koniec, że teraz wszystko zależy od szefa, ale będą rekomendować mnie. I że budzę zaufanie :) (miałam ochotę parsknąć śmiechem, bo mimo iż jestem osobą godną zaufania, to jakoś dziwnie mi się słucha takich opinii na mój temat). Wiadomości o rezultacie konkursu środa najpóźniej czwartek. Zadzwonili dwie godziny później, że mnie chcą.
Wtorkowy wieczór minął więc na świętowaniu. Paulaner, kolacja w macu, a potem siedzenie do 2 w nocy z współlokatorem N. i jego kolegą i granie w „zgadnij kim jestem (na 6 razy wygrałam 3 :D byłam kołem, Jezusem i falowcem :D). W środę trochę pospałyśmy, i powędrowałyśmy znowu do Gdyni, po papiery do wypełnienia. Potem N. na zajęcia, a ja do Gdańska, żeby się z M. zobaczyć.
Podróż do domu byłą interesująca (do Trójmiasta jechałam z wiolonczelistą), gdyż praktycznie cała noc przegadałam z policjantem, pracującym w kryminalistyce, lekarz z wykształcenia, zajmujący się oględzinami zwłok. Było ciekawie. Ale nie zazdroszczę takiej pracy, sam stwierdził, że gdziekolwiek się w mieście nie ruszy, to mu się miejsce z jakimś trupem kojarzy.
Jutro muszę parę spraw pozałatwiać jeszcze, potem się zacząć pakować, bo w sobotę rano M. przyjeżdża, a w ndz wycieczka życia – 600km cici zapakowanym pewnie po dach :D