[772]

Zdecydowanie mogę stwierdzić, iż byłam na wakacjach. Takich prawdziwych. Kiedy to człowiek niczym się nie martwi, każda chwila jest warta zapamiętania. I mimo, że „nie ważne gdzie, ale z kim”, to miejsca które przez te 4 dni odwiedziłam, na długo pozostaną w mojej pamięci, a co więcej, mam zamiar je częściej odwiedzać. I nawet te 12h spędzone w pociągu w jedną stronę nie jest takie straszne (szkoda tylko, że jak wracałam, to w składzie nie było 1-szej klasy, można by przynajmniej od czasu do czasu nogi wyprostować).

Piątek minął w Kartuzach. N. odebrała mnie z Gdańska i zabrała do siebie. Pokazała całe miasto, mniejsze i wydaje się sympatyczniejsze niż moje. Może dlatego, że inne. Ale też położone nad czterema jeziorami, otoczone z każdej strony lasem. I huśtawki nad jeziorem, w promieniach letniego słońca. Gdyby nie fakt, że musiałyśmy wracać na obiad, to bym mogła tam siedzieć do wieczora. Po obiedzie kolejny spacer. Coś jest w spacerze torami. Tory zawsze dokądś doprowadzą ;) i potem las, i znowu jeziora.
A wieczorem N. mnie zabrała na koncert Czesław Śpiewa. Od roku prawie polowałam, na ich koncert. A tu, jak znalazł. I utwierdziłam się w fakcie, że muzyka na żywo, jest 100x lepsza od najlepszych studyjnych kawałków. I poskakać można. I podrzeć mordę można :)

Sobota – małe tour de Kaszuby. I N. jestz Ciebie dobry kierowca, tylko praktyki potrzebujesz :* sama to przerabiałam :D Byłyśmy w Szymbarku, widziałam najdłuższą deskę, byłam w domu „do góry fundamentem”, w drewnianym bunkrze, zagrodzie Kaszubskich osadników z Kanady oraz dokształciłam się nt. Sybiraków. A największą atrakcją była kotka z 5-6 kociątami (w końcu się nie doliczyłam). Potem do Chmielna, dwa kociaki się na piasku wygrzały, zahaczając o „zamek” w Łapalicach wróciłyśmy na obiad. A po obiedzie – koc i na pod drzewo. I spanie na świeżym powietrzu. I pieczenie ciasta drożdżowego, owocowo-miętowego z kruszonką. I wszystkim, którzy się załapali na kawałek, smakowało. I małosolne pasują do whisky. I do ciasta :F i nie, w ciąży nie jestem, tylko uwielbiam małosolne :D

Niedziela cała z Mamutem. Przed 8 odebrała mnie z Gdańska. Spacer dość szybki, nawet jak na mnie ;) Najpierw starówka i forty, rano, jeszcze bez tłumów, spokojnie, ale już było gorąco. Potem tramwajem do Brzeźna i plażą do Sopotu. Bursztyn dostałam, taki maciupeńki, ale znaleziony na brzegu morze. Uwielbiam iść po kostki/kolana w wodzie :) z centrum Sopotu, zostałam zabrana do mojej niespodzianki. Niespodzianką okazały się gokarty. Niby tylko 8min, ale wrażenia świetne. Szczególnie jadąc w krótkiej spódnicy i na boso :D (bo w japonkach nie można). Wiedział, że mi się spodoba :) na ogół ciężko mnie zaskoczyć, ale M. udało się to perfekcyjnie. Muszę obadać tor w Sosnowsi :)
Dalej poszliśmy z powrotem do centrum, zjeść coś, a potem do Gdańska Oliwy. Aczkolwiek przystanek przed wsiedliśmy w tramwaj i podjechaliśmy ten kawałek ;) W Gdańsku zaczęło padać. Na początku nikt się tym nie przejmował, ale w końcu zaczęło tak żabami rzucać, że na powierzchni kałuż robiły się wielki bańki.
Z Oliwy do centrum Gdańska tramwajem. I do Degustatorni. M. się śmiał ze mnie, bo Ukraińskie piwo pszeniczne mi smakowało lekko sfermentowaną czerwoną porzeczką. Ale dobre było :D Potem mnie ładnie odprowadził autobus, z małym przystankiem przy Wielkim Młynie. I M. nie poszedł na mecz Lechii, podobno drugi raz w życiu z własnego wyboru :)

W poniedziałek trochę dłużej pospałam, bo do 9. Potem szybko zebrałyśmy się do Gdynii. Co prawda szybko to zebrałyśmy się na autobus, bo dojazd do Gdańska a potem do Gdynii zajął nam ponad 3h :| Potem na chińszczyznę z plastikowych talerzy, ale dobłą. Potem obowiązkowo gofry na Skwerze. O 16 nastąpiła zmiana towarzystwa, N. odprowadziłam na SKM-kę,a odebrałam M. Wróciliśmy na wybrzeże, tylko zamiast na skwer, poszliśmy na falochron, przy wyjściu z portu. Już wiem co to fok i grot, i prawy i lewy hals :D i coś powinnam więcej, ale nie pamiętam :P Na koniec dopilnował, żebym dotarła na czas do pociągu i podjechał ze mną do Gdańska.

Potem już tylko 12h i byłam z powrotem na Śląsku. I szczerze, dziwnie mi tu.

Ale nie długo tam wrócę. Prędzej czy później, na dłużej w końcu :)

[758]

Odebrałam dziś kolorowe filmy z wołania, jutro posyłam do skanowania. Kilka sama dziś ogarnęłam, ale skaner nie dość, że kiepska rozdzieloczść, to jeszcze trochę kolory rozjechane. Ale kilka pokażę.

Więcej będzie na specjalnym blogu – Italian postcards – gdzie będą foty całej naszej trójki, zapraszam więc serdecznie do zaglądania tam :)

[756]

W piątek popołudniu zaczęła się pogoda psuć, na przemian duszno, zimno, wietrznie i pochmurno. W sobotę dnia odwiedziliśmy dwa miasta. Pierwsze z nich, stolica fajansu – Faenza. Oczywiście pod muzeum ceramiki trafiliśmy w godzinach sjesty, a czekać nam się nie bardzo chciało. Niewiele do zwiedzania, więc pojechaliśmy jeszcze dalej do Imoli, które to jest jeszcze mniejszym miastem. Dodatkowo informacja turystyczna była czynna tylko do 13, więc ani planu miasta ani nic. Spacer po starym mieście i powrót do hotelu. [trasa_1] [trasa_2]

W niedzielę miałam powtórkę z historii architektury. Mauzolea Galii Placidi, Teodoryka, Baptysterium Ariańskie i inne zabytki Rawenny, wszystko to miałam na zajęciach i mogłam to wszystko zobaczyć na własne oczy. Te mozaiki. Jakbym bazylikę San Vitale miała pod nosem, to bym zaczęła chyba chodzić do kościoła ;) Pogoda jednak popsuła się zupełnie, więc biegaliśmy od jednego kościoła do drugiego, żeby trochę obeschnąć w środku. [trasa]

Poniedziałek początkowo chcieliśmy gdzieś lajtowo spędzić, ale pogoda na plażę ciągle nie bardzo, więc w końcu ruszyliśmy się do stolicy prowincji – Bolonii. Mimo, iż miasto jest duże (370tys. mieszkańców + masa studentów i turystów ;) ), sprawiało na mnie wrażenie przytulnego – co prawda wąskie uliczki i wysokie pałace wzdłuż nich raczej są „klaustrofobiczne”, ale miło się spacerowało po mieście. Myślałam, że my mamy zabytkowe toalety miejskie. Myliłam się. Ale nie myliłam się, że uwielbiam tortellini ;) [trasa]

Wtorek, jak i czwartek spędziliśmy w Rimini, na plażowaniu. Na szczęście meduz nie było (albo po prostu nie widziałam ich w mętnej wodzie (i strasznie słonej), za to po wyjściu z wody miałam wszędzie pełno wodorostów. W czwartek było najlepiej – wysokie fale – skakanie przez nie, jeśli już się załamywały, lub po prostu wpływanie na ich szczyt. Uwielbiam pływanie w morzu, w basenie czy jeziorze nie ma takiej zabawy.

Środa została poświęcona na targ w Cesenie – kupiłam co prawda dwie bransoletki z masy perłowej, i kolczyki, wycinane laserowo z metalu ;) nic szczególnego, u nas też to można dostać, ale na prawdę nie było co kupić :( Chciałam mamie kupić magnes na lodówkę, to same typu „wieś wesoła” z brokatami. Tandeta po prostu. Znaleźliśmy też sklep, z używanym sprzętem foto. Te stare obiektywy do canona… Siesta była, a w czwartek jak wracaliśmy, wieczorem to też było zamknięte, pewnie z powodu meczu Włochy – Słowacja. Więc skończyło się na ślinieniu szyby. Śmiałam się potem, że dobrze, że nie jesteśmy ze Słowacji, bo by nas przetrzepali na lotnisku z góry na dół ;P

Piątek wylot – więc tylko krótki spacer po Forli i na lotnisko. I powrót do zimnej ojczyzny ;)

W pracy robiłam dziś za atrakcję turystyczną, szef nazwał mnie spieczonym dziewczęciem.

Od jutra się ogarniam z życiem codziennym, kilka spraw do załatwienia mam, mniej lub bardziej przyjemnych, nie mniej zrobić trzeba.

A i jedno foto dam. Przedstawiam Wam Jeżyka antystresowego. Jarek kupił sobie, ale cała trójka miała zabawę ;)

Na koniec wpisu piosenka, jedna z kliku będących piosenkami wyjazdu. Zwróćcie uwagę na wizję bardziej niż na fonię ;)

Next »