[823]

Miałam zamiar się rozpisać o urlopie, ale czasu ciągle brak. Więc chyba muszę się zadowolić skrótem wydarzeń.

Pierwszy dzień minął w samochodzie. Z Gdańska do Kudowy Zdroju trochę się jedzie. Widoki za szybami samochodu zmieniały się z mniej na bardziej malownicze. Chyba jest to mój ulubiony środek transportu (no zależy jeszcze, jak starym i niewygodnym gratem się jedzie). Ale zawsze (w dozwolonych miejscach oczywiście) można się zatrzymać, zobaczyć coś ciekawego, czy choćby nogi rozprostować. Korki? wiadomo, że jak się na korku na autostradzie utknie, to troche kiepsko, dlatego omijam płatne drogi, i zawsze można odbić na jakąś wieś, żeby nie stać w miejscu.

Następnego dnia pobudka wcześnie rano – i pojechaliśmy ustawić się do kolejki do wjazdu na parking przy Błędnych Skałach. Kolejkę, bo ruch wahadłowy, wypuszczają ograniczoną ilość samochodów o każdej pełnej (spuszczają o wpół do). Z parkingu już spacerkiem do „atrakcji dnia”. Spacer pomiędzy skałami, miejscami trzba było się dość wciągnąć, żeby przejść ;) I w sumie w tych miejscach tłok się robił (no bo najlepsze miejsce na zdjęcia), i czasem się stało kilka minut czekając na możliwość przejścia.
Ogólnie obieraliśmy system – wcześnie rano te najbardziej oblegane miejsca, popołudniami te mniej.
Tak więc, z Błędnych Skał zjechaliśmy i zmieniliśmy parking przy „Szosie stu zakrętów” i udaliśmy się do Skał Białych. Widokowo ciekawsza trasa – szlak prowadzi w dół urwiska. Jest skała, skała się kończy, kilkanaście metrów w dół. Widok na pola, Szczeliniec i inne wioski. I w ogóle myślałam, że to ja mam lęk wysokości i przestrzenny, ale jednak to nie ja.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Lewin Kłodzki. Na rynku jest kamienica z 1773 r. Przepadłam. Zakochana w niej jestem po uszy.

Trzeciego dnia udaliśmy się na północ od Kudowy, do naszych „południowych sąsiadów”. Najpierw spacer po Adrspackim Skalnym Mieście, z przepłynięciem tratwą po jeziorze, które słynie z tego, żenigdy zimą nie zamarza (pewnie ma to jakiś związek z tym, że co roku na jesieni spuszczają z niego wodę), a następnie Teplickie Skalne Miasto ze swoim zamkiem „Strzmiączkiem”, a raczej wzgórzem zamkowym, tzn. skałą zamkową, na która prowadzi ok 350 stopni (bardziej drabinę przypominających nachyleniem niż schody). Tego dnia widzieliśmy słonie, żółwie, żaby, sowy i inne pandy. Dobre miejsce dla dzieciaków – trasy na tyle dostosowane, że kilkulatki sobie poradzą, a uformowane przez wiatr, deszcz i czas skały pobudzają wyobraźnie. Wracaliśmy przez Nachod, gdzie zatrzyamliśmy się na chwilę. Weszliśmy na górę zamkową, i zaskoczyła nas zawartość suchej fosy. Dwa miśki. Chyba jednak wolę mokre fosy…

Kolejny dzień minął w tematyce wojskowej. Na pierwszy ogień Twierdza w Kłodzku wraz z jej chodnikami minerskimi (ten 90cm wysokości zaliczony). Potem – Srebrna Góra.

Piąty dzień – powrót w skały. A konkretnie Szczeliniec Wielki. Tradycyjnie pobudka rano, więc pomiędzy skałami swobodnie. Potem w schornisku szarlotka w szklance i sernik om nom nom nom. Gdy schodziliśmy w dół, przecierałam oczy ze zdzwienia widząc tę masę ludzi wchodzących pod górę. Szczerze im współczuję, że nie ruszyli się z łóżek wcześniej… Po „szczytach”, zeszliśmy pod ziemię – zwiedziliśmy kopalnię antracytu w Nowej Rudzie. Atrakcją wyjazd kolejką na powierzchnię. Potem spacer po mieście, a gdy wracaliśmy, rodzice wysadzili nas wcześniej, i poszliśmy na spacer, piwo, kolację i przez pola (czyli an skróty, bo kto będzie szedł znaną trasą, jak można pozwiedzać :P) na kwaterę.

Szósty dzień spędziliśmy w okolicach Wałbrzycha. Najpierw Kompleks „Riese”, w części udostępnionej turystycznie, czyli „Włodarz”, „Rzeczka” i „Osówka”. Ogrom pracy, ilość więźniów, które pracowały przy kopaniu tuneli, rozmach inwestycji. A do tego wiele niewyjaśnionych tajemnic. Wiadomo kto, kiedy i jak kopał. Ale nie wiemy po co, i czy wszystko co odkryte, to rzeczywiście jest wszystko?
Na koniec pojechaliśmy do Książa, na zamek. Pszczyna dużo lepiej się prezentuje. Wszystko dlatego, że okoliczności wojenne i powojenne były bardziej sprzyjające w Pszczynie, gdzie zachowało się 70% orginalnego wyposażenia.

Ostatniego dnia wybraliśmy się znowu na Czechy, tym razem do Kuksu. Gdzie znajduje się stary klasztor ze szpitalem uzdrowiskowym. A w nim czeskie muzeum farmacji. Obok minimuzeum „wszystkiego” z weltą średnioformatową włącznie (*ślini się strasznie*).

W dniu powrotu „zaliczyliśmy” jeszcze dwie atrakcje: kopalnię złota i arszeniku w Złotym Stoku (z korytarzem śmierci, z którego wychodzi się nogami do przodu) oraz zamek w Mosznej.

Z Kudowy pojechaliśmy do Pszczyny, gdzie w sobotę wieczorem załapaliśmy się na koncert Dżemu. Niedziela pobudka rano, i do Zamku. A w poniedziałek rano do Oli, a popołudniu na pociąg i 12 godzin w pociągu i o 5 rano w domu. Nie muszę mówić, że dzień był rozbity, i dobrze że dalej urlopowy, bo w pracy to siebie bym nie widziała ;)

Dwa tygodnie od urlopu minęły, a ja bym znowu gdzieś pojechała ;)

Focisze

[821]

Zaległości, zaległości. Tutaj nic nie piszę, na kulinaria mam kilka potraw, a też nie mam czasu siąć i spisać. Mam nadzieję, że w tym tygodniu „generalne porządki” się zakończą. Potem będzie kolejny powód na brak czasu na wszystko – przyjeżdżają moi rodzice na kilka dni, więc tu będzie koncert w Oliwskiej Katedrze, tu bowling, tu kawka zapoznawcza (wiem, że nie mam się czym przejmować, ale jestem tym troszkę przerażona).
A w ciągu ostatnich dwóch tygodni? Od pn do pt czas leci, że nie ogarniam. Co prawda w pracy się częściej dłuży ;) ale wieczory mijają nawet nie wiem kiedy. Mimo, że zazwyczaj po powrocie czeka mnie sprzątanie (pranie, gotowanie), to szalenie miło i z uśmiechem mi się wraca. (tym barzdziej, że mam pomoc przy tym sprzątaniu i praniu i gotowaniu).
23-24 lipca odbyły się regaty klasy 505 (jednocześnie z Starami) w ramach Gdynia Sailing Days. Mieliśmy nie startować, ze względu na skrzywiony bom (i brak u mnie doświadczenia), a stanęło na tym, że tylko ja nie startowałam. Zbyszek, który przyjechał aż z Dolnego Śląska w ostatniej chwili „stracił” załoganta. A że M. jakieś doświadczenie ma, i był „wolny” to wystartował razem ze Zbyszkiem na jego łódce. Co nie zmieniło faktu, że w sobotę byłam w marinie przed 7 rano. Na szczęście w sobotę dotrzymała mi towarzystwa N. A w niedzielę M. szybko skończył pływanie, o czym za chwilę.
W sobotę było zimno, padało, wiało, padało i wiało. 5-6 w skali beauforta. Pogoda iście żeglarska… dla doświadczonych. Wszystkie załogi dzielnie walczyły (niektóre krócej, niektóre dłużej, ale z wyrwanym masztem ciężko pływać). Tylko się plątałam na brzegu pomiędzy łódkami, jak coś mogłam pomóc, to bardzo chętnie. Ale zazdrościłam chłopakom pływania (chociaż pewnie przy moich umiejętnościach to przy takiej pogodzie bym szybko wymiękła). A wieczorem po regatach – impreza w Contraście.
W niedzielę wiatr zmienił kierunek, i przy wyjściu z mariny nawet najlepsi mieli problemy. M. ze Zbyszkiem wyjście z Mariny zakończyli pięknym desantem na plaży. Tak więc gawiedź wypoczywająca w Gdyni miała atrakcję turystyczną. Po jakimś czasie zrobiło nam się niefromalne spotkanie – dołączyły do nas jeszcze dwie załogi, które wróciły do mariny, ze względu na zbyt intensywne nabieranie wody w komorach wypronościowych.. Ale dzięki temu, chłopaki pomogli kolejnej łódce szukającej schronienia na plaży odnaleźć prawidłowy kurs – wypchali chłopaków na zatokę. W końcu Igor zamienił się z M., i tak samo chłopaki wypchnęli w końcu łódkę Zbyszka na wodę.
Atmosfera przednia – zacięta rywalizacja na wodzie, a na lądzie, przyjazna, wręcz rodzinna atmosfera. Każdy chętny innej załodze do pomocy, każdy każdemu zaglądał do kokpitu podpatrując rozwiązania.
Bardzo bym chciała we wrześniu już jako załoga uczestniczyć w regatach, zobaczymy co z tego wyjdzie…
Miniony weekend minął równie szybko. Tak na prawdę, nie wiem co robiłam przez pół soboty (pewnie sie obijałam :D), natomiast pod wieczór pojechałam do Kartuz, do domu rodziców N. Wieczór uwieczniłyśmy spacerem torami w kierunku Somonina. I pewnie gdyby nie zmasowany atak komarów, do tego Somonina byśmy doszły. W niedzielę rodzinne śniadanie na kanapie :) a jak się już ogarnęłyśmy, to z rodzicami N. pojechaliśmy do Wyczechowa na obiad. Przy karczmie znalazłyśmy małego kotka i huśtawkę. Czyli wszystko co trzeba :D Po posiłku pojechałyśmy na wieżę widokową w Wieżycy (jak sobie pomyślę, jak ta wieża się huśtała…) a spod wieży miałam śliczne borowiki. Niestety kupione, zbieraczka ze mnie kiepska. Z Wieżycy, przez Złotą Górę, chciałyśmy pojechać do Chmielna na lody. Ale nawet moim cićkiem nie udało się nigdzie zaparkować :| Więc zajęchałyśmy do Kartuz na lody :) Odwiązłam N. do Gdyni, sama udając się w końcu do Gdańska, w towarzystwie skaczącego po samochodzie konika polnego, do domku, do mojego M. którego chwilę przed moim powrotem, przestała boleć głowa (i oczywiście nie miało to związku z faktem, że był w sobotę na kawalerskim, tylko to moja wina, bo łóżko przestawiłam ;)

[815]

Miniony weekend był jednym wielkim grzechem obżarstwa. Zaczęło się w piątek, zapiekankami w łóżku o 23. Ach te okruszki w łóżku ;)

W sobotę zostaliśmy zaproszeni do Balesiów na obiad. Kurczak duszony z ryżem, prażoną cebulą, czosnkiem, świeżą miętą i kolendrą. Do popicia oczywiście jogurt. Jogurt pragnienia nie ugasił, więc udaliśmy się do Starej Brovarni. Trochę czasu od obiadu minęło, więc na kebaba jagnięco-cielęcego. Najedzona byłam po połówce małego, a chłopaki po dużym wciągnęli. I lemoniada. Oczywiście nie mogło zabraknąć deseru. „Lody przecież się rozpuszczą i znajdą sobie przecież gdzieś miejsce pomiędzy.” Dobrze, że lokale były w pewnej odległości od siebie, więc jedzenie przeplatane spacerami było.

Pół tygodnia minęło szybko, i znowu wolne. W międzyczasie robot się sam naprawił (szkoda że po 2 miesiącach…), a wczoraj korzystając z dnia wolnego przespacerowaliśmy się starym nasypem kolejowym, a jak już dochodził do funkcjonującej infrastruktury PKP – zeszliśmy z niego i poszliśmy na plażę. Ponad 10km się uzbierało. Pośladki bolą ;) Ale trzeba trenować przed urlopem w sierpniu. O pływaniu nie wspominając, które mam nadzieję nie zacznie się później niż w ciągu 2 tygodni :) A zaraz do pracy. Niektórzy nie mają długiego weekendu ;)

 

« Prev - Next »